O CZESKICH SŁODYCZACH I PRZYCZYNIE ZNIKANIA

Nie ukrywajmy, że trochę zniknęłam z życia i całej reszty, bo dostałam konto na Netflixie, a że mają sporo seriali BBC, to wiadomo. Teraz to już całkiem skamienieję w pozycji siedząco – wyłupiastej albo dupa mi pęknie. Do poduszki czytam „Cesarza wszech chorób” – coś jak książki Thorwalda, tylko lepsza. Więc intelektualnie jestem bardzo zadbana, a to, że mój mąż będzie musiał robić nowe otwory w ścianach, bo niedługo od tego przebywania w jednym miejscu przestanę się mieścić w drzwi, to już całkowicie inna para kaloszy. Tym bardziej, że obżeraliśmy się dziś pączkami z cukierni „Irena” – fantastyczne, z kwaskowatymi powidłami śliwkowymi. Cellulit na dupie wysłał mi pocztówkę z podziękowaniami.

N. był wczoraj w Czechach – od jakiegoś czasu tam bywa i jak idzie na obiad, to za każdym razem przynoszą mu mięso na słodko. Co by nie zamówił, jest w słodkim sosie z owocami.

- I co, znowu dali ci mięso z dżemem? – pytam go, jak zadzwonił z drogi powrotnej.

- Tym razem była pieczona panienka w czekoladzie.

Zawsze jakaś odmiana.

No to kiedy ma być te 15 stopni i więcej? Bo chętnie bym się upiła ze szczęścia (a nie w kółko na smutno).

 

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

O FILMIE I BARSZCZU

 

No więc po weekendzie jest niezbyt. Pogoda jaka jest, to każdy koń widzi, na dodatek babcia chora, a ja gruba i pies gruby. Wczoraj to mi się tak smutno zrobiło, że jestem niska, tłusta i bez sensu, że zjadłam pół pudełka faworków, co uważam było bardzo logicznym posunięciem w tej sytuacji.

Natomiast widziałam bardzo dobry film i pierwszy raz w życiu zrobiłam ukraiński barszcz. Bo do tej pory się barszczu bałam, głównie przez fasolę, a konkretnie moczenie fasoli. Z suszoną fasolą mam takie doświadczenia, że a) ile by się jej nie moczyło, wyjdzie twarda, oraz b) przypala się. W ogóle barszcz ukraiński kojarzył mi się z dwudniową harówą, jakimś urabianiem sobie rąk po łokcie i kuchnią jak pobojowisko. Aż tu nagle (uwaga – zwrot akcji!) obejrzeliśmy odcinek „Makłowicza w podróży”, gdzie pan Robert na rozchwianym stoliku w plenerze zrobił ten barszcz jedną ręką, nie przerywając opowiadania anegdot. A fasolę wziął z puszki! Ja wiem, że to OCZYWISTE, ale jakoś… nie przyszło mi do głowy. No więc jak wespół z N. ukręciliśmy ten barszcz (on jest in mięso department, ja zajmuję się zagadnieniami warzywnymi), to wyszło jakieś mistrzostwo Galaktyki – i smak, i kolor, bo czerwone barszcze lubią czasem przyjąć kolor burej szmaty, nawet te zakwaszone.

No więc jeśli chodzi o zupy, to mamy sukces.

Natomiast jeśli chodzi o filmy… Kolega polecił „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, tylko że, złośliwiec jeden, powiedział „fajna włoska komedia”. I tak się zaczyna – winko, kluseczki, znajomi przychodzą na kolacyjkę, a ja byłam nastawiona na komedię i KOMPLETNIE nieprzygotowana na to, co mnie czeka. Przemiłe niezobowiązujące włoskie gnocchi w pewnym momencie zamieniają się w RZEŹNIĘ, a ja po filmie mam taki wniosek, że ludzkość się powinno zatłuc co do jednej osoby i wypalić gorącym żelazem, żeby nie odrosła. Nie ma ani jednego bohatera, którego bym polubiła. ANI JEDNEGO (był jeden kandydat, ale po głębszym namyśle – też go należy zarąbać). Co oczywiście oznacza, że film jest dobry, bo złe filmy nie wywołują takich emocji.

U naszych znajomych w Galicji przez cały czas ciepło, wczoraj 16 stopni. Oczywiście, gdybyśmy zdecydowali się tam pojechać, natychmiast zaczęłoby lać i zrobiłoby się rzeczonych stopni najwyżej pięć, dlatego na razie trzymamy się postanowienia, że do końca marca na północ Hiszpanii NIE. Ale tęsknota szarpie mną przeokrutna.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

O NIESIKANIU I KOCYKU

 

Dziękuję za bezcenne porady; jak człowiek ma problem, to najlepiej zdać się na mądrość ludową (i wtedy np. na forum Kafeteria wytłumaczą, jak leczyć raka ciecierzycą). Umówmy się co do jednego – sikania na ręce nie będzie. Może niektórzy prezydenci i celebryci znajdują upodobanie w takich rytuałach, ja osobiście pas. Nie, żebym miała coś do moczu – jest sterylny i w ogóle fantastyczny, ale nie na rękach. Co innego, jakby mnie meduza poparzyła, wtedy to jest stan wyższej konieczności i podejmuję się nasikać na każdego w potrzebie, jak również zostać nasikaną, ale skórą dłoni zajmę się w warunkach domowych w konwencjonalny sposób. Już dwa razy myłam kuchenkę w rękawiczkach, ha! (I ze cztery razy zapomniałam ich założyć).

A właśnie. To prawda, że nie ma w Biedronce zielonych rękawiczek o najpiękniejszym zapachu, tylko jakieś żółte cytrusowe farfocle!… Wszystko co dobre muszą człowiekowi zabrać i spierdolić KAŻDĄ NAWET NAJMNIEJSZĄ przyjemność! Od dawna podejrzewam, że w każdej firmie jest zespół Zawodowych Spierdalaczy, bardzo wysoko umocowany, być może nawet zarząd nic im nie może zrobić i mają najwyższe pensje, i codziennie się spotykają i debatują. „Co dziś mamy w programie? Płatki Cheerios. Ludzie je uwielbiają, bo są delikatne ale chrupiące, nie za słodkie i nie kleją się do siebie. Co z tym robimy?” – „Dosłodzić, zjebać konsystencję, żeby były gąbczaste i bez smaku, i posklejać w paczce po sześć”. „Przekazuję polecenia do produkcji. Co dalej?” – „Czy już kazaliśmy dosypywać granulatu z butelek PET do każdego sera w plastrach, żeby jechał plastikiem?” – „Już dawno!” – „A to chyba na dziś wystarczy, resztę dnia mamy wolną. Jutro zajmiemy się koncepcyjnie parówkami. Co zrobić, żeby wszystkie śmierdziały szmatą, bo na razie śmierdzi co druga”.

Oraz okazało się, że jestem szeroko znana jako obibok i legawiec kanapowy, bo Desigual przysłał mi prezent w postaci pledo – kołderko – kocyka. (Choć w międzyczasie dostałam zawału, bo przysłali pocztą jako przesyłkę poleconą – jak widzę niespodziewane awizo, to dostaję tachykardii, bo to zazwyczaj Urząd Skarbowy albo gorzej! A tu ci masz – prezent). Kocyk można złożyć i wepchnąć w naszytą kieszonkę i wtedy z kocyka robi się poduszka, takie spryciule! I mogę teraz być bardzo stylową kobietą - burrito (copyright Zuzanka), owiniętą w ciepły i lekki szalony design. To bardzo miłe. Szczypawka też jest zadowolona. (W zeszłym roku przysłali mi sportową torbę. HMMMM. No niebrzydka, ale… jednak kocyk FAJNIEJSZY).

Pledzik

Ale ogólnie zima depcze; jestem zszargana i postrzępiona i naprawdę, idź już sobie cholerna zimnico, bo całkiem spurchawczeję.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

O RĘCACH ZMALTRETOWANYCH ZIMĄ

 

Bardzo dziękuję za namiar na warsztaty (a gdyby tak zwołać zacną grupę, zarezerwować te warsztaty w jednym terminie i bardzo AKTYWNIE uczestniczyć w zajęciach?), tylko że ja jestem kobieta uległą, bo przecież dużo leżę.

Oprócz tego, że ciągle mi zimno i smutno, mam dosyć wbijania się w ciepłe gacie i owijania tekstyliami od góry do dołu, to jeszcze tradycyjnie walczę ze skórą na rękach. Jak tylko robi się zimno, to od razu mam ręce jak Wokulski

(już chciałam napisać „Wołodyjowski”, ale na szczęście resztki rozumu co mi się jeszcze po łbie plączą jakimś cudem interweniowały, no bo co wiemy o rękach Wołodyjowskiego? Niewiele – acz na filmie nosił rękawiczki i być może miał je w lepszym stanie, niż Wokulski, który nie nosił rękawiczek, chociaż przecież było go na to stać)

…w każdym razie – mogę o nie trzeć marchewkę, a w dodatku pękają i krew mi leci. Jedyne co trochę pomaga to maść z witaminą A z apteki za trzy złote tubka, ale jest tak potwornie tłusta, że po posmarowaniu należałoby siedzieć z rękami podniesionymi do góry i nie dotykać NICZEGO. A nawet jak się jest takim leniem jak ja, to okazuje się, że rąk dość często się używa. Kto by pomyślał. Kremy do rąk mniej się mażą, ale i nie pomagają za bardzo (no, może na pękanie, ale nie na szorstką skórę). Najgorzej, że nie umiem niczego robić w rękawiczkach gumowych i wystarczy, że raz przejadę kuchenkę cifem (a po smażeniu steków przez N. to trzeba kilka razy przejechać i w ogóle wyciągnąć cięższą artylerię odtłuszczającą) i od nowa mam krajobraz po bitwie. Ktoś mi polecał krem do rąk z woskiem dla chirurgów, ale ciągle zapominam kupić.

W każdym razie – w sobotę wieczorem przed samym pójściem spać okazało się, że nie mam w łazience żadnego kremu, a nie chciało mi się złazić na dół, no więc popaćkałam ręce balsamem Palmersa. Po czym rano okazało się, że akurat użyłam wersji lekko brązującej, która na super suchej skórze dłoni okazała się wersją mocno oranżującą. Więc teraz mam łapy nie dość, że szorstkie i popękane, to jeszcze pomarańczowe. Mini fala meksykańska na moją cześć.

A co do seriali – „Apple Tree Yard” – produkcji BBC, świetny, ale uwaga – dość mocny. Jak zwykle jestem pełna zachwytu dla brytyjskich aktorek (szykowne nawet z odrostami i bez makijażu – ja też chodzę potargana i mało się maluje, ale jakoś nie umiem osiągnąć tego efektu!).

 

PS. Na fejsbuku wyskakują mi zdjęcia z tapas barów z Bilbao, Corralejo i innych fantastycznych miejscowości. Na widok ślicznych przekąsek, kieliszków z winem i uśmiechniętych, zrelaksowanych ludzi chce mi się głownie wyć (i emigrować, oczywiście, ale głównie wyć).

Opublikowano Bez kategorii | 25 komentarzy

O STARZENIU SIĘ

 

No więc wczoraj po osiemnastej wciągnęłam kebab. Bardzo dobry (po zjedzeniu miałam wrażenie, że połknęłam rozżarzone smocze jajo – czyli bardzo dobry). Nie zasnęłam przez całą noc, tylko kontemplowałam sufit i sens życia – jestem dziś gotowa na najbardziej zawiłe dyskusje filozoficzno – metafizyczne. Oraz piję colę zero.

I to jest uważam NAJGORSZE w starzeniu się – nie tam że zmarszczy czy obwiśnie, to akurat mam w dupie. Przecież kiedyś mogłam opierdolić COKOLWIEK o DOWOLNEJ godzinie, popić alkoholem, przespać się albo i nie, a następnego dnia być świeża jak róża. Najwyżej różę trzeba było podlać puszką redbula. A żeby było jeszcze ciekawiej, to w Hiszpanii nic mi nie szkodzi  – mogę jeść opiekaną świńską skórę o północy, zagryzać chistorrą i popijać galonem wina i NIC! Czyli może to nie tyle jest starość, tylko nieodpowiednia szerokość geograficzna. Po prostu. Co zresztą od dawna podejrzewam, że urodziłam się ciut za bardzo na północ.

Zaczęłam czytać „JPod” Couplanda; spodziewałam się zjadliwej i inteligentnej krytyki korporacji, a zaczęło się od zawijania trupa w dywan. Hm. Ale korporacja tez jest – spoko.

A dwa dni temu w horoskopie miałam „Naucz się rozluźniać”. No nie, proszę wróżki, akurat to umiem dość perfekcyjnie. Wolałabym „Naucz się profesjonalnie operować siekierą i rzucać nożem i nie zostawiać po sobie żadnych śladów”.

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O WŁOCHATEJ WĄTROBIE I PODZIĘKOWANIA

Coś mi niewyraźnie od wczoraj, więc raczę się gorącym Theraflu (a zaprzyjaźnione BARDZO WYSOKO postawione źródła donoszą, że niedługo będzie w sprzedaży nowy Theraflu z podwójną dawką truci… znaczy, SUBSTANCJI CZYNNEJ w składzie – już się nie mogę doczekać!). Mniam, mniam.

I tak sobie myślę, że może przynajmniej po śmierci zrobię karierę, jak mnie rozerżną na stole w prosektorium, złapią się za głowy, a następnie jakiś miły patolog zrobi doktorat i szybką profesurę dzięki mnie, zaczynając od burzliwego referatu „Czy wątroba powinna być zielona, mieć chitynowe skrzydełka i być porośnięta futrem”. A to wszystko dzięki dzielnej pacjentce, która latami faszerowała się Theraflu, solpadeiną, redbullem, chińskimi zupkami i Buka wie czym jeszcze, w każdym razie niejedna tablica Mendelejewa się przewinęła przez mój organizm. O, jeszcze mam na koncie niebieską oranżadę i chrupki duchy. Czego człowiek nie zrobi w imię nauki.

I chciałam bardzo, bardzo serdecznie podziękować za nagrodę Naczelnego Kartofla Kanapowego Kraju! Nieskromnie uważam, że członkowie Kapituły dokonali bardzo dobrego wyboru, oraz powiem to, co mówią wszystkie córeczki i piąte żony multimiliarderów (z tym, że w moim przypadku to akurat prawda): zawdzięczam tę nagrodę WYŁĄCZNIE sobie. Absolutnie i wyłącznie sobie, bo w całej mojej rodzinie bliższej i dalszej nie było i nie ma tak leniwej odnogi, jak ja. Wszyscy pracowici do przesady, a w dodatku wyszłam za mąż za diabła tasmańskiego, który nie wysiedzi trzech minut w jednym miejscu i musi uprawiać hobby po cztery naraz, bo jedno go nudzi. A w środku tego wszystkiego jak skamieniały trylobit – TADAM! Ja. Chyba dlatego, że Wszechświat dąży do równowagi i KTOŚ musi być przeciwwagą dla tych wszystkich pracusiów. Padło na mnie i dźwigam to posłannictwo (na leżąco).

Czytam „Princess Diarist” – wspomnienia Carrie Fisher z czasów kręcenia Gwiezdnych Wojen (choć nie tylko) i ona tam stwierdza, że zastrzyki z kolagenu zostały wynalezione w Polsce, w latach 80-tych, no widzicie państwo! Aktualnie jestem na jej romansie z Harrisonem. Carrie jest sentymentalna i fajnie pisze. Pisała. Ech…

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

O PYTONIE I KONTUZJI

 

Tak się złożyło, że N. znowu sobie śmignął w delegację, a ja z psem. Który na zmianę ma depresję spowodowaną nieobecnością pańcia albo się każe głaskać. Głaszczę, pocieszam i pół nocy nie śpię, bo najpierw słyszę włamywaczy, a jak już, JUŻ zasypiam, to nagle małe puchate stworzonko zaczyna CHRAPAĆ BASEM i fpizdu, po zasypianiu.

Wrócił i na pytanie „jak było” stwierdził, że bardzo im dobrze poszło – upili w hotelowym barze jednego Belga tak, że rano nie było go na śniadaniu. No ale podobno sam z własnej woli się przysiadł, to niech wie, co to znaczy – z Polakami się napić. Niech chłopina ma co wspominać. W swoim pamiętniczku opisze zapewne ten wieczór, otaczając notatki szlaczkami z trupich czaszek.

A ja się chyba najmę do Gabinetu Osobliwości, albowiem któregoś dnia będąc w swym naturalnym żywiole, czyli na kanapie (mnie się już chyba wszystkie organy poprzesuwały jak leniwcowi na takie miejsca, że stanem naturalnym jest KANAPOWANIE), sięgnęłam po książkę i tak sobie naciągnęłam mięsień w udzie, że najpierw jęczałam z bólu pół godziny, a później dwa dni kuśtykałam. Czyli doznałam kontuzji, leżąc na kanapie. Brawo dla mnie, prawda?

Mam jeszcze bardzo zdolnego psa, który idąc spać zmienia się z małego jamnika w trzyipółmetrowego pytona zygzakowatego, zajmującego całe łóżko, i człowiek musi spać wygięty w spinacz i paragraf, ale teraz już zwierzęta są pod ochroną i nie wolno ich eksploatować. Tylko one mogą eksploatować NAS i kazać nam spać w kucki. I bardzo dobrze.

Fot 1. Pyton ćwiczy rozciąganie.

IMG_0534

 

Opublikowano Bez kategorii | 18 komentarzy

O PRZEMIJANIU I POWROCIE DYNASTII

Dobra wiadomość jest taka, że dziś ostatni dzień stycznia i będzie już tylko jaśniej i cieplej (SŁYSZY? Ma być cieplej!).

Zła wiadomość jest taka, że nie wiem, czy dobra wiadomość jest taka dobra, skoro dziś już OSTATNI dzień stycznia, czyli jedna dwunasta nowego roku za nami! Po prostu nie rozumiem, co z tym czasem się dzieje, dlaczego tak zapierdala i gdzie się podziewa normalnie ani się człowiek obejrzy, i nic mnie już w życiu nie czeka, co najwyżej decyzja, jaką chce mieć ramkę na nekrologu – cienką czy grubą. Jak mawiała moja Babcia – „zobaczysz dziecko, jak życie minie nie wiadomo kiedy”.

I jak tu nie popaść w alkoholizm? (pytanie retoryczne).

W dodatku w nocy było rzygane psem i się nie wyspałam (kto karmił psa surowym mięsem na hamburgery? No kto? NO KTO? Ech, ale co, uduszę go i skąd wezmę drugiego męża, żeby odkręcał słoiki i wynosił pająki? To i tak cud, że ten jeden się trafił.)

Ktoś wszedł na mojego bloga wpisując w wyszukiwarkę „plemniki w damskiej łazience”. Serio? A ja przez całe życie myślałam, że to rybiki cukrowe!…

I uwaga, przeczytałam dziś, że „Dynastia” wraca – z tymi samymi bohaterami. Mam nadzieję, że w pierwszym odcinku Alexis będzie miała wejście w kozakach za kolano, prowadząc na smyczkach trzech dziewiętnastoletnich kochanków. Na Crystle nie mam pomysłu, ona zawsze była taka jakaś rozmemłana.

Opublikowano Bez kategorii | 12 komentarzy

O TYM, ŻE MORDERSTWO CORAZ BARDZIEJ PRAWDOPODOBNE

Zaprawdę w poniedziałek jednak w końcu komuś ukręcę łeb. Mam na oku takie osobniki, co to w piątek w biurze przez pół dnia chodzą i mówią „O, jak mnie głowa boli i w ogóle jedno oko mam takie CIEPŁE! Jak myślicie, co to może być?”. Jak również na przykład takich, co radośnie opowiadają, jak poprzednie dwa dni spędzili w łóżku w malignie z 42 stopniową gorączką, ale spoko – JUŻ IM PRZESZŁO. Na mnie im przeszło, cholera jasna! Wczoraj wysiorbałam dwie saszetki, te ohydne, a i tak cały dzień mnie bolały gnaty (tak dziwnie – najbardziej stopy, dłonie i łopatki – normalnie czekałam, aż mi urosną szpony i błoniaste skrzydła i się przepoczwarzę w gargulca z Notre Dame). Dziś już luzik – tylko mi się kręci w głowie i chce rzygać. Naprawdę spoko.

Aha, bo jeszcze obok naszego sioła na drogach stoją tabliczki „WYSOCE ZJADLIWA GRYPA PTAKÓW” i N. musiał kupować jajka spod lady, jak za okupacji. Interesująca nazwa, tak na marginesie, ludzkie choroby się zazwyczaj nazywają bardziej prozaicznie. Może weterynarze mają więcej fantazji. (Na pewno mają – przypominają mi się początki pracy, jak jeszcze byłam na studiach, a w robocie kazali mi iść do weterynarzy w ministerstwie po jakieś dane statystyczne do podłoża negocjacyjnego, coś o krowach i koniach miało być. Weterynarz mnie przyjął uprzejmie, posadził w fotelu – ja z zeszytem na kolankach i kolorowymi długopisikami, a ten mi 40 minut z błyskiem w oku nawijał o inseminacji i pobieraniu nasienia od ogierów, chociaż to W OGÓLE NIE BYŁ temat mojego pytania! Wróciłam z płaczem i powiedziałam, że więcej tam NIE PÓJDĘ i mogą mnie wywalić. Było dużo śmiechu i oczywiście jak tylko na horyzoncie zamajaczyły krowy albo ogiery, to znowu byłam wysyłana. Kurwa mać).

A dziś rano pospałam pół godzinki dłużej i był to błąd taktyczny, ponieważ po zejściu na dół zastałam Atol BIkini po próbach nuklearnych zamiast kuchni. No cóż, mój mąż postanowił ugotować zupę (o szóstej rano! W niedzielę!!!).

Idę się położyć. Niech mi tylko przejdzie ta śruba, już ja się z nimi wszystkimi policzę.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

O UPIORNEJ KANAPCE I JEDNAK NIE SCHIZOFRENII

Od dwóch dni czuję się jak wilk, który zjadł babcię, Kapturka, gajowego, siedmiu krasnoludków, jelonka Bambi i wszystkie myszy króla Popiela. W dodatku spakowanych w foliowe worki. Wszystko przez to, że ubłagałam N., żebyśmy zjedli kanapki drwala (zobaczyłam plakat kilka dni temu i za mną chodziła, suka jedna). N. się zgodził, bo chyba jednak ciągle mnie kocha (chyba że to słynne ustępowanie głupiemu, tak popularne w naszej obyczajowości), a później chciał mnie zabić – w ogóle nie mógł spać, bo on ma delikatny żołądek. Ja mam strusi – zazwyczaj trawię wszystko (z chrzęstem), a po tym cudzie dwa dni odbijało mi się plastikiem. Ta kanapka jest chyba dla automatycznych drwali napędzanych paliwem wysokooktanowym i zrobiona prawie wyłącznie z PCV (i papryczek jalapeno, bo miałam ostrą wersję). A zatem – podsumowując – dwa dni gniotło mnie w żołądku, we wszystkim co jem czułam posmak foliowej torby i przypomniało mi się, dlaczego w McDonaldzie jemy najwyżej raz na kwartał.

A mogłam sobie zrobić kopytka i nie mieć dwóch dni gastrycznego niepokoju, w dodatku w towarzystwie wkurzonego męża! Może po prostu w pewnym wieku człowiek się jednak robi ZA STARY na te wyrafinowane specjały. Jakieś enzymy przestaje produkować (do trawienia plastiku), kubki smakowe subtelnieją czy coś. Bo kury z KFC (to przerażające, co teraz napiszę) TEŻ już mnie nie nęcą tak, jak kiedyś!

W dodatku w innych obszarach też nieustające pasmo sukcesów – Zalando mi przysłało jakieś dziwne COŚ, czego bynajmniej absolutnie nie zamawiałam. Zdenerwowałam się, bo moje zapominalstwo to jedno, ale czyżby pogłębiło mi się do tego stopnia, żeby zamawiać coś kompletnie nie w moim kolorze, fasonie i guście i zapominać o tym? Może ja już przez sen zaczęłam zamawiać paczki w internetowych sklepach? A może mam jakieś alter ego, które w ten dziwny sposób doszło do głosu i wysyła mi sygnały? Po kwadransie takiej gonitwy myśli jednak rzuciłam okiem an list przewozowy, na którym było zupełnie, ale to zupełnie co innego, co owszem, zamawiałam. Czyli nie ja zwariowałam, tylko ktoś się rąbnął przy pakowaniu. Trochę mi ulżyło, nie powiem. (W dodatku nawet dobrze się stało, bo prawie od razu po kliknięciu „zamawiam” doszłam do wniosku, że w sumie po cholerę mi to i pewnie i tak nie będę w tym chodzić – czyli w sumie Wszechświat poszedł mi na rękę).

Co do lektur, to nadal nie mogę się kupić i czytam wieczorami „Medycynę sądową” do poduszki, dla rozluźnienia przed snem. A po przeczytaniu „Młynu do mumii” mam taki wniosek, że dla tej książki powinien powstać osobny gatunek literacki, bo ja NIE WIEM, CO TO JEST. Ale bawiłam się znakomicie.

I przeczytałam, że w trendach kulinarnych rok 2017 zrywa z jarmużem i teraz na topie jest kalafior. Nareszcie jakaś pozytywna wiadomość, bo przepadam za kalafiorami! Chociaż jestem zupełnie spokojna, że zaraz na modnych blogach kulinarnych powstaną przepisy na takie potrawy z kalafiora, żeby człowiek ich nawet kijem nie dotknął. Jednak nadal lepsze to, niż jarmuż.

 

Opublikowano Bez kategorii | 20 komentarzy