O TYM, ŻE CHYBA WIDZIAŁAM KOTECKA, A NAWET NA PEWNO

 

Zebra ma nowego kotka! Trzeciego. Trzeba przyznać – śliczny, biało – rudy. Mówi, że słyszała płacz koło domu, ale starała się ignorować (albo wmówić sobie, że to sójka). Wieczorem poszła pod prysznic i wtedy kocina zaczęła płakać tak żałośnie, że wyleciała mokra szukać go po krzakach. Jak to było do przewidzenia – wróciła z kotem wczepionym w dekolt i mruczącym wesoło, całkiem już zadomowionym w dwadzieścia sekund. A najlepsze, że stare koty się obraziły i opuściły lokal na widok malucha.

Ja mam Szczypawkę i jedyny płacz, jaki może się rozlegać kiedy biorę prysznic, to w przypadku gdy niechcący spojrzę w dół na swój tyłek. Koty u nas nie bywają, ani małe, ani duże. Myszy też nie (bo Zebra ma owszem trzy koty oraz znalazła mysz w sypialni, doprawdy bardzo śmieszne).

Jak przyszliśmy na obiadek w sobotę, to Zebra twierdziła, że skoro to jeszcze kocie dziecko, to Szczypawka jako suka powinna się nim zaopiekować – Fuga się opiekuje. Uhm, zaopiekowała się. Tak się zaopiekowała, że przez pół przyjęcia kot tkwił pod wielką kanapą, a Szczypawka krążyła dookoła jak ta chińska stacja kosmiczna, co ma pieprznąć o Ziemię w listopadzie. Kolejna próba zsocjalizowania małego zbója z kotami nie powiodła się – chociaż może ona tylko chciała się z nim pobawić! (Z tym, że być może chciała się pobawić np. w Guantanamo).

Jeśli natomiast chodzi o „Twin Peaks” to a) jestem załamana, że zostały tylko cztery odcinki do końca, ale jednocześnie b) nie mogę się doczekać, żeby wyszło na DVD i wtedy dopiero sobie urządzę maraton i obejrzę porządnie. Bo teraz to takie połykanie na szybko. Cooper jest nadal cudowny i do schrupania, ale naprawdę oszałamiająca jest Diane. Szkoda tylko, że coś kręci.

Opublikowano Bez kategorii | 15 komentarzy

O BIUŚCIE I KOMODZIE

 

No i tak się ciągnę przez życie, pokasłując (kiedy ta cholera mi odpuści?). Oglądam Tudorów, oczywiście moje ulubione odcinki to te, w których obcinają łeb Ance Boleyn. Uważam, że wszystkim takim Ankom Boleyn powinno się do dziś obcinać łby, świat byłby naonczas lepszym miejscem.

Pozytywnym efektem snucia się po stronach hiszpańskojęzycznych (tak, w internetowych sklepach z butami też, nie będę ukrywać) jest to, że reklamy kontekstowe zaczynają mi się wyświetlać po hiszpańsku, czyli mamy sprzężony efekt edukacyjny. Wczoraj jedną odcyfrowałam: „Biust o jakim zawsze marzyłaś… teraz może być twój w przystępnej cenie… kochanie, co to jest pecho?” – „Cycek” – „W przystępnej cenie 500 euro za jeden cycek”. No chyba oszaleli, za pińset euro to ja mam trzy torby Tousa i jeszcze apaszkę do tego, nie wspominając o tym, że jednak te cycki powinno się robić dwa, żeby było co najmniej symetrycznie.

Akurat jeśli o to chodzi, to trafili jak kulą w płot, albowiem mam na ten temat zdanie, które brzmi podobnie, jak jedna z mądrości przekazana Amy Poehler przez jej mamę: „Kochanie, nigdy nie będziesz miała takich dużych piersi jak ja, ale jak będziesz starsza, to będziesz z tego zadowolona”. Przyznaję, że wylewałam w młodości łzy z powodu płaskorzeźby i braku wypełnienia dekoltów i gorsetów – a teraz mam ochotę ucałować Matkę Naturę w oba policzki. I oczywiście wszystkich producentów biustonoszy push-up też mam ochotę ucałować, bo przecież o to w życiu chodzi, żeby jednocześnie mieć ciastko (ciastka) i go nie mieć, bo tak jest wygodniej. Nes pa?

Aha, no i jeszcze w sobotę skręciliśmy komodę z IKEA, jak to ubodzy ludzie mają w zwyczaju. Bardzo piękna jest ta wypowiedź jednej z Kulczykowych (ja ich nie rozróżniam), że zanim poznała Jana, miała ciężkie życie i cierpiała takie ubóstwo, że miała w domu MEBLE Z IKEA. The horror, the horror!… Mam nadzieję, że już tej pani nic podobnie potwornego nie grozi i że otaczają ją same Ludwiki czternaste, piętnaste i szesnaste. I kilka siedemnastych.

Skończyłam Tyrmanda „Życie towarzyskie i uczuciowe” – polecam wszystkim, stęsknionym za PRL-em. Natomiast jeśli chodzi o rewolucję obyczajową, to wyprzedziliśmy Zachód o ładnych kilka lat – chyba nie ma w całej książce pary bohaterów, która by się ze sobą nie przespała (wyjąwszy panią Stoll, naturalnie). I znowu nie mam co czytać.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

O KOLEJNEJ AWARII PRĄDU

Dobra, nadal kaszlę, ale zaczynam widzieć suchy ląd na horyzoncie. Śniły mi się żółwie i doszłam do wniosku, że kompletnie nic pożytecznego nie robię ze swoim życiem, więc obcięłam Szczypawce pazurki – na razie z przednich nóżek, do tylnych jednak potrzebujemy asystenta. W efekcie jest na mnie śmiertelnie obrażona i się nie odzywa.

Następnie przyszła burza i oczywiście wyłączyli prąd, więc dwadzieścia minut to były kurwy przetykane kaszlem, a jak włączyli, to znowu przyjechał ten pan z ochrony co zawsze. Ten w fajnych butach, pisałam już kiedyś. On ma za każdym razem taką zdziwioną minę, jak otwieram drzwi – nie wiem o co mu chodzi, może powinnam zacząć nosić stanik. No ale w domu stanik nosić?… Bez sensu. Wymieniliśmy opinie na temat stanu polskiej energetyki (tym razem bez kurew, bo w końcu pan jest w pracy), dostałam informację „Mamy tyle wezwań, że i tak się pani nie dodzwoni” i pojechali sobie. Miałam się uczyć hiszpańskiego, ale skoro tak, to chyba pójdę obrabować kilka okolicznych domostw, skoro nie nadążają z wezwaniami. Tylko co ja zrobię z tym co ukradnę? Kompletnie się nie nadaję do handlu, zawsze powtarzam, że gdyby życie mnie rzuciło na odcinek sprzedawcy detalicznego, to bym zdechła z głodu.

A najlepsze jest to, że na te upały wyciągnęłam ciuchy, które zakładałam tylko na Kanarach. I tak sobie obnoszę tego wirusa (z mądrości googla i moich obserwacji wydedukowałam wirus paragrypy) w plażowych bawełnianych tunikach i kaftanach – w życiu tak kolorowo nie chorowałam.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

O PADLINIE

 

No nie, to nie było przeziębienie od lodów. Skłaniam się ku teorii, że jednak HISZPANKA. Od soboty wyłącznie śpię, kaszlę i piję wiadra herbaty z sokiem malinowym. Bardzo ostrożnie mam nadzieję, że NIECO mi przechodzi, bo przestałam trząść się z zimna pod dwoma kocami.

Już jak ja sobie przywiozę suwenira z podróży, to mało kto jest taki zdolny. Tylko gdzie się mogłam zarazić? Obstawiam jednak samolot.

W każdym razie – czuję się jak padlina, a lato mija. Szlag by to.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

O PRAWIE NIEMOŻLIWYM

 

Kto się przeziębił w ponad trzydziestostopniowy upał, no kto, no kto?

Tak, to ja (zabiłam Laurę Palmer). Mini fala meksykańska i siekierka na moją cześć!

Zjadłam trzy łyżeczki lodów słony karmel i od dwóch dni nie mogę mówić i prawie nie słyszę. W dodatku lody mnie wkurwiły – nawet nie wiem czy są smaczne, bo oczywiście nadmuchane. Jak ja nie cierpię lodów napowietrzanych azotem jak serek Almette! A prawie wszystkie do kupienia w pojemnikach są nadmuchiwane. Lubię twarde i porządnie zmrożone, jak Haagen – Dazsy. Precz z lodami w piance! Zaraz jak otworzą cukiernię, to idę po kulkę sorbetu truskawkowego w myśl zasady – podobne leczyć podobnym.

N. zadowolony, bo nie bardzo mogę mówić – przynajmniej jak chrząkam, to staram się to robić ZNACZĄCO (ale czy faceci potrafią wyłapać niuanse?…).

To u mnie chwilowo mniej więcej tyle. Apsik.

PS. Oczywiście, cukiernia była zamknięta. AKURAT na ten jeden dzień!…

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O TYM, ŻE JEDNAK ZA GORĄCO

 

Czterodniowy wypad zakończył się mocnym akcentem oczekiwania na bagaż ponad dwie godziny. Jak w Misiu – rozlegał się przez megafon dzwoneczek PIM – PIM, po czym panienka odczytywała „Pasendżer Stanisław Paluch…” – a nie, to nie ta akcja – no więc „Uprzejmie informujemy i przepraszamy, że opóźnienie w wydaniu bagaży wynosi sześćdziesiąt minut” – które już minęły, tak nawiasem mówiąc, oraz przez kolejne sześćdziesiąt nikt już nie informował ani nie przepraszał. Lekko wściekły tłum był przez obsługę naziemną informowany, że oni nic nie mogą, gdyż nie są właścicielem. Jedni państwo dostali spazmów, bo tym bagażem, który przebywał chuj wie gdzie (może na Marsie z wizytą u Curiosity?) była psina w transporterze. Po wyjściu przed budynek da się zauważyć dumna szmata POGOTOWIE STRAJKOWE – zapewniam, że to nie było żadne pogotowie, tylko burdel na hulajnodze i ja się pytam, komu płacę ponad dwie stówy za każdą walizkę. Może by przywrócić instytucję bagażowego?…

No więc pierwszego dnia w Madrycie rąbnął nas upał 38 stopni, ale taka byłam wymarznięta i spragniona słoneczka, że wesolutko skakałam w tym słońcu (mnóstwo Japończyków, większość dziewczyn w UV parkach albo pod parasolkami). Obżarłam się smażonych rybek, empanad z małżami, krewetek i co tam mi podtykali pod nos.

Drugiego dnia pląsałam już nieco mniej żwawo, zwłaszcza, że od rana N. pognał mnie na zakupy w El Corte Ingles, gdzie szedł przez stoiska męskie jak tornado i nawet wchodził do przymierzalni (adnotacja: w normalnych warunkach nie ma siły, żeby zapędzić mojego męża do przymierzalni, on już w wejściu do sklepu się słania i prawie mdleje). Ciągnęłam się za nim jak smutny, włochaty ogon, marząc już tylko o tym, żebyśmy poszli do supermarketu w piwnicy i kupili przyprawy do paelli i WYSZLI STĄD na jakieś zimne winko. A i jeść jakoś mi się przestało chcieć.

Trzeciego dnia już w ogóle nie pląsałam, tylko pełzłam w tym upale – najgorsze, że w ogóle się nie ochładzało wieczorami, jak wychodziliśmy na wino, to nadal o północy było 38 stopni i żadnego ruchu powietrza. Spuchłam i entuzjazm mi lekko przeszedł. W drodze do pomnika Cervantesa niechcący odkryliśmy regularne Chinatown, z zatrzęsieniem sklepów, zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, a wszystkie szyldy napisane chińskimi krzaczkami. Na Plaza Mayor jak zwykle w niedzielę, giełda numizmatyczna i pchli targ, usiedliśmy w barze w którym oprócz nas byli wyłącznie emeryci, każdy ze swoją kolekcją monet. Wszyscy ze sobą rozmawiali i nikt nie napierdzielał w smartfona! Bardzo rzadki widok. Ale po różowe wino dla nas (reszta klientów ciągnęła zimne piwko) barman musiał udać się do piwnicy, i to chyba w dość daleki zakątek, bo długo go nie było. N. twierdził, że to dlatego, że miesza czerwone z białym i przelewa do butelki. Natomiast jeść już nie mogłam prawie nic, oprócz warzyw. A jeśli ja spożywam zieleninę, to znaczy, że sprawa jest poważna.

Esp

W restauracji z zieleniną (N. dzielnie trzymał fason i wtranżalał byczy ogon) zapytaliśmy o jednego kelnera, siwiutkiego dziadunia, który wypisywał rachunki przedwojenną kaligrafią (gdzieś powinnam jeden mieć, bo zabrałam na pamiątkę). Na szczęście okazało się, że u niego wszystko dobrze – tylko przeszedł na emeryturę w wieku dziewięćdziesięciu lat. Za to ma obecnie narzeczoną, w wieku lat 68. Ale żyje, ma się dobrze, bywa w knajpie i pan go od nas pozdrowi.

Kupiłam sobie babuchas – cudne kapcie na futerku – w lokalnej artystycznej buciarni Calzados Lobo -  specjalizują się głównie w espadrylach i kamaszach na słomianej podeszwie, ale oprócz tego mają te kapcie. Wizyta w małym sklepie stanowiła kwintesencję Hiszpanii – pięć wózków dziecięcych, przy każdym wózku co najmniej trzy baby, przytrzymujące wijącego się malucha i próbujące założyć mu mikroespadryle, plus kilka wolnych elektronów, przymierzających dorosłe buty. Trzeba brać numerek i czekać na obsługę. Harmider taki, że można oszaleć. N. oczywiście wdał się jeszcze w rozmowę o jednym barze w okolicy, który chcieliśmy odwiedzić, wobec czego wszyscy obecni w sklepie tłumaczyli mu, jak do tego baru dojść, wrzeszcząc i wymachując rękami. Na szczęście jedna pani powiedziała, że bar się zamknął na wakacje. A najlepsze było, że wyszliśmy bez torby z butami i musieliśmy się wracać. Uff, piękna przygoda.

Bab

Najlepsze, że w ogóle nie mieliśmy szoku termicznego przy powrocie, bo u nas też przemiłe ciepełko (ale to nasze jest znośniejsze, przynajmniej na noc się ochładza i jest o wiele bardziej rześko – no i nasze słońce nie jest aż takie gorące) i pierwszy raz leciałam samolotem w sandałkach. Zawsze mi potwornie marzną stopy, nawet w tenisówkach, ale po prostu nie byłam w stanie nawet POMYŚLEĆ, żeby założyć zakryte buty. I dobrze, bo wcale nie zmarzłam (świat się kończy – jem warzywa i mam ciepłe nogi).

Aha, i jeszcze na lotnisku kupiłam sobie książkę Amy Poehler „Yes, please!” – w twardej oprawie, na lakierowanym papierze, waży chyba ze trzy kilo, jednym zdaniem – IDEALNA na podróż. No ale nie mogłam się powstrzymać, przepadam za dziewczynami z SNL, ostatnio zrobiły z Tiną Fey komedię „Siostry”, na której się usmarkałam po wielokroć.

Zapamiętać: lipiec w Madrycie – za gorąco. ZA GORĄCO. Nie ma szans, żeby się porządnie obeżreć. W wakacje trzeba jeździć na hiszpańską północ (gdzie jest obecnie miłe 21 stopni i cały czas leje).

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O MĘSKICH OBWODACH LOGICZNYCH I LEGO

 

Wczoraj w biurowej kuchence spadła mi na łeb szklanka, którą oczywiście odruchowo próbowałam złapać, więc pocięła mi skórę. Z krwawiącymi ranami gnałam na spotkanie z koleżankami, bardzo tajemnicze, bo zwołane przez jedną koleżankę co właśnie wyszła ze szpitala. Doszłam do wniosku że na pewno w tym szpitalu miała jakieś katharsis (jakieś czy jakąś?…) i chce nam coś OZNAJMIĆ. Na przykład „Wyjeżdżam jutro na trzy lata na Goa z nowo zapoznanym przewodnikiem duchowym lat dziewiętnaście, podrzućcie czasem mojemu mężowi wiejskie jajka!” – albo coś w tym stylu. Ale nie, tylko wszyscy się rozjeżdżają na wakacje i długo się nie zobaczymy. Więc znowu nie otarłam się o żaden skandal, ech.

Było o tabletkach na odchudzanie i segregowaniu prania, okazało się nawet, że jeden mąż sam kiedyś zrobił pranie, a nawet je POSEGREGOWAŁ. Zatkało nas z zachwytu, ale okazało się, że kiedy dociekliwa żona pytała, czy posegregował KOLORAMI, to odpowiedział, że nie – nie kolorami, tylko PRZEZNACZENIEM.

No cóż, przeznaczenie jest bardzo ważne, choć niektórzy wolą wierzyć w przypadki (a tak naprawdę wszystko to splątanie kwantowe).

Natomiast współpracownik N. przyniósł mu wczoraj i wręczył worek czegoś, co wyglądało jak porwane gacie. Dość mocno mnie to zaniepokoiło i zaczęłam się dopytywać o symbolikę tego gestu, po czym zostałam poinformowana, że na niczym się nie znam, a to są SZMATY BEZPYŁOWE, bardzo ważna rzecz, jak się chce wyczyścić łańcuch od roweru. Trochę mi ulżyło.

Na imieniny kupiłam sobie Żółtą Łódź Podwodną LEGO (figurka Nowhere Mana z jabłkiem przesądziła sprawę) i obawiam się, Drogi Pamiętniku, że mam tłusty tyłek. A będzie jeszcze tłustszy, bo udajemy się do Madrytu. Chociaż tam aktualnie 40 stopni, więc może część się wytopi. Zobaczymy.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O ALOESIE I NIE TYLKO, ALE NIE NADAJE SIĘ NA TYTUŁ

 

Dark times, dark times – jak mówił Eryk Cartman (o właśnie, muszę wrócić do oglądania South Parku, póki jeszcze mamy w Polsce internet! Tylko mocy przerobowych mi już nie wystarcza, i tak mam już prawie oczy na szypułkach, Netflix jest gorszy niż kokaina).

Wlazłam dziś w psią kupę, co jest znakomitym komentarzem do obecnej sytuacji w kraju, w dodatku mało że wlazłam (w sandałkach!), to jeszcze ją ROZDEPTAŁAM, gdyż naturalnie, jak to ja, nie zauważyłam. Ze strony męża dostały mi się komentarze „No OCZYWIŚCIE” oraz „BO TY TO ZAWSZE”. No oczywiście, ja to zawsze wejdę w psią kupę raz na dziesięć lat, za to on? Absolutnie nigdy.

On tylko zgubił obrączkę. Bo tak schudł i spadła mu z palca. Pomartwił się tydzień i poszliśmy zamówić nową u jubilera, który mnie opieprzył, bo powiedziałam „Mąż zgubił obrączkę” – moim zdaniem, zupełnie neutralnym tonem, a ten na mnie wsiadł, że proszę pani ZDARZA SIĘ i w ogóle kobiety TEŻ GUBIĄ, a nawet częściej. No dobrze, ale w tym przypadku to nie ja zgubiłam (bo nie schudłam, hue hue hue), oraz facetom się ZDARZA i nie wolno im wówczas słowa powiedzieć, a ja nie mogę wejść w psią kupę bez werbalnych reperkusji. Dobra.

Od jubilera wróciliśmy do domu, gdzie skubaniec tę zgubioną obrączkę ZNALAZŁ – w kupie gałęzi pozbieranych po burzy i położonych koło kominka do spalenia. Ześlizgnęła mu się ze schudniętego palca i tak sobie wisiała i czekała, aż po nią wróci. I teraz chodzi cały dumny i prezentuje wyższość moralną, podczas gdy tej zgubionej obrączki było mi oczywiście żal i smutno, ale przynajmniej miałam jakąś PRZEWAGĘ. Niewielką, ale zawsze.

A w Biedronce kupiłam sobie aloes i teraz będę miała na parapecie, jak moja prababcia, która wszystko leczyła aloesem (i żyła 86 lat, więc chyba trochę racji miała). Ciekawe, czy na wkurw też aloes pomaga i w jakiej postaci.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O CAŁYCH DWÓCH DNIACH NAD MORZEM

 

Człowiek wyjedzie na dwa dni nad morze, na DWA DNI, a tu kraj się sypie jak zupa z torebki; wróciliśmy trzymać kredens (ale ten kawałek obwodnicy Gorzowa to już powinien być oddany do ruchu).

W sumie to N. jechał do pracy, a ja jak ta żaba, co się przykleiła do faceta u lekarza (choć oczywiście żaba twierdziła odwrotnie). O dziwo, pogoda była naprawdę dobra, chociaż nie do opalania (choć zasieki parawanowe na plaży obecne, jak dla mnie – jednak trochę za chłodno), do spacerów – najlepsza. Wyciągnęłam Szczypawkę na taki spacer, że biedna ledwo dała radę wrócić, powłócząc wszystkimi czterema nóżkami, a w drodze powrotnej spała w budzie jak zabita. Nawet nie szczekała na bramkach na autostradzie na panie kasjerki (jej ulubiona rozrywka w trasie).

Na kolacji z jednym znajomym degustowaliśmy białe wino z polskiej winnicy, ale jakoś mi nie ten. Po pierwsze, nie jestem smakoszką białego wina, a po drugie – relacja cena – jakość pozostawia wiele do życzenia. Według mnie. Natomiast wszystkich gryzły komary, a mnie wcale, nawet nie chciały mnie powąchać. Chyba już całkiem krew mi się w kwas zmieniła od tego wszystkiego.

Drugiego wieczoru zjadłam już w spokoju na własnej kanapie przepyszną kolację prosto z Biedronki – Chateauneuf du Pape zagryzany ziemniaczanymi przerażynkami. Wino może być – chociaż trochę za mocne, ja wolę jak wino ma mniej alkoholu, a więcej smaku, no ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele od Francuzów; za to przerażynki bardzo dobre. Lepsze od oryginalnych chrupek duchów, bo mniej słone i bardziej chrupiące.

Ale w Świnoujściu nad morzem jest długo widno! Jeszcze po dziesiątej było jasno. No i jednak status miasta – uzdrowiska jest cudny. Wracaliśmy z tej kolacji o dwudziestej trzeciej puściutkimi ulicami, cisza, spokój, żadnych dyskotek i łomotów, żadnego prucia gęby do trzeciej rano. Ale jednak mimo wszystko, wysoki sezon to nie dla mnie (no chyba, że w hiszpańskim barze tapas, tam mogę stać w tłumie). I nie dla Szczypawki – zestresowała ją ludzka gęstwina na promenadzie, chociaż może to nadmiar komplementów ją oszołomił, bo co druga osoba do niej cmokała i się zachwycała, a ona przecież jest skromna i nieśmiała. Tylko jak się drze z balkonu na wszystkich przechodniów oraz samochody, to jest śmiała.

Czytam „Tysiąc odłamków ciebie” – dobry pomysł, ale to jednak powieść dla młodzieży, oraz „Problem trzech ciał” – jakby mi mało było syfu w naszym kraju, to sobie poczytam o globalnej zagładzie, bo w sumie co człowiekowi pozostaje w takiej sytuacji.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

O TYM, ŻE NIE CHCĘ SPIDERMANA

 

Zostawiłam w biurze telefon. Bardzo pouczające doświadczenie. W domu co chwilę wyciągałam rękę, która przez chwilę wisiała i pozostawała w pustce. Najbardziej się martwiłam o rybki z mojej ulubionej gry, których nikt nie nakarmił, a następnie o siebie – nie wiedziałam, która godzina, jaka jutro pogoda oraz w ogóle miałam poczucie bycia odciętą od tętna Wszechświata. Mogłam oczywiście wstać z kanapy i wszystko to sprawdzić na laptopie, ale oglądałam „Znaki” – bardzo dobry film o UFO z czasów, kiedy Mel Gibson jeszcze kompletnie nie zwariował. I tak, uważam, że to dobry film o UFO, mimo że UFO bojące się wody lądują na planecie, której powierzchnia to w 70% woda oraz paradują z gołą dupą, zamiast zasłonić się jakimś przyodziewkiem, po którym ta mordercza woda by spłynęła – bo to po prostu NIE MA ZNACZENIA, co innego jest ważne. I akurat uważam, że to dobrze, jeśli na Ziemię przylatuje UFO krwiożercze, ale wyjątkowo głupsze od nas. Chociaż oczywiście wolałabym ośmiornice z „Nowego początku”. Siedmiornice.

A poza tym nic na działkach się nie dzieje. No, samobieżna kosiarka, nowe hobby N., chodzi i strzyże trawnik, ale jakoś tak chaotycznie i zostają romboidy wyższej trawy, wystające z ostrzyżonej dookoła reszty. Przypomina mi to jako żywo depilację po pijaku – oczywiście czysto HIPOTETYCZNE, bo przecież ani ja, ani żadna z obecnych tu Pań nigdy, przenigdy w życiu się po pijaku nie depilowałyśmy. Prawda? W dodatku jestem przecież znanym kategorycznym wrogiem spożywania alkoholu, więc tym bardziej sytuacja taka w moim życiu nie mogła NIGDY mieć miejsca.

Oferta z dzisiejszego spamu: „Nowoczesny bidon. Duży zegar na ścianę. Stymulator w dyskretnym stylu. Figurka Spider – Man.” A można sobie spersonalizować? Bo ja bym wolała dyskretny zegar, duży bidon i nowoczesny stymulator. Za spidermana podziękuję, bo mam arachnofobię, ale zamiast mogą być frytki.

 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy