O TYM, ŻE JEDNAK ZA GORĄCO

 

Czterodniowy wypad zakończył się mocnym akcentem oczekiwania na bagaż ponad dwie godziny. Jak w Misiu – rozlegał się przez megafon dzwoneczek PIM – PIM, po czym panienka odczytywała „Pasendżer Stanisław Paluch…” – a nie, to nie ta akcja – no więc „Uprzejmie informujemy i przepraszamy, że opóźnienie w wydaniu bagaży wynosi sześćdziesiąt minut” – które już minęły, tak nawiasem mówiąc, oraz przez kolejne sześćdziesiąt nikt już nie informował ani nie przepraszał. Lekko wściekły tłum był przez obsługę naziemną informowany, że oni nic nie mogą, gdyż nie są właścicielem. Jedni państwo dostali spazmów, bo tym bagażem, który przebywał chuj wie gdzie (może na Marsie z wizytą u Curiosity?) była psina w transporterze. Po wyjściu przed budynek da się zauważyć dumna szmata POGOTOWIE STRAJKOWE – zapewniam, że to nie było żadne pogotowie, tylko burdel na hulajnodze i ja się pytam, komu płacę ponad dwie stówy za każdą walizkę. Może by przywrócić instytucję bagażowego?…

No więc pierwszego dnia w Madrycie rąbnął nas upał 38 stopni, ale taka byłam wymarznięta i spragniona słoneczka, że wesolutko skakałam w tym słońcu (mnóstwo Japończyków, większość dziewczyn w UV parkach albo pod parasolkami). Obżarłam się smażonych rybek, empanad z małżami, krewetek i co tam mi podtykali pod nos.

Drugiego dnia pląsałam już nieco mniej żwawo, zwłaszcza, że od rana N. pognał mnie na zakupy w El Corte Ingles, gdzie szedł przez stoiska męskie jak tornado i nawet wchodził do przymierzalni (adnotacja: w normalnych warunkach nie ma siły, żeby zapędzić mojego męża do przymierzalni, on już w wejściu do sklepu się słania i prawie mdleje). Ciągnęłam się za nim jak smutny, włochaty ogon, marząc już tylko o tym, żebyśmy poszli do supermarketu w piwnicy i kupili przyprawy do paelli i WYSZLI STĄD na jakieś zimne winko. A i jeść jakoś mi się przestało chcieć.

Trzeciego dnia już w ogóle nie pląsałam, tylko pełzłam w tym upale – najgorsze, że w ogóle się nie ochładzało wieczorami, jak wychodziliśmy na wino, to nadal o północy było 38 stopni i żadnego ruchu powietrza. Spuchłam i entuzjazm mi lekko przeszedł. W drodze do pomnika Cervantesa niechcący odkryliśmy regularne Chinatown, z zatrzęsieniem sklepów, zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, a wszystkie szyldy napisane chińskimi krzaczkami. Na Plaza Mayor jak zwykle w niedzielę, giełda numizmatyczna i pchli targ, usiedliśmy w barze w którym oprócz nas byli wyłącznie emeryci, każdy ze swoją kolekcją monet. Wszyscy ze sobą rozmawiali i nikt nie napierdzielał w smartfona! Bardzo rzadki widok. Ale po różowe wino dla nas (reszta klientów ciągnęła zimne piwko) barman musiał udać się do piwnicy, i to chyba w dość daleki zakątek, bo długo go nie było. N. twierdził, że to dlatego, że miesza czerwone z białym i przelewa do butelki. Natomiast jeść już nie mogłam prawie nic, oprócz warzyw. A jeśli ja spożywam zieleninę, to znaczy, że sprawa jest poważna.

Esp

W restauracji z zieleniną (N. dzielnie trzymał fason i wtranżalał byczy ogon) zapytaliśmy o jednego kelnera, siwiutkiego dziadunia, który wypisywał rachunki przedwojenną kaligrafią (gdzieś powinnam jeden mieć, bo zabrałam na pamiątkę). Na szczęście okazało się, że u niego wszystko dobrze – tylko przeszedł na emeryturę w wieku dziewięćdziesięciu lat. Za to ma obecnie narzeczoną, w wieku lat 68. Ale żyje, ma się dobrze, bywa w knajpie i pan go od nas pozdrowi.

Kupiłam sobie babuchas – cudne kapcie na futerku – w lokalnej artystycznej buciarni Calzados Lobo -  specjalizują się głównie w espadrylach i kamaszach na słomianej podeszwie, ale oprócz tego mają te kapcie. Wizyta w małym sklepie stanowiła kwintesencję Hiszpanii – pięć wózków dziecięcych, przy każdym wózku co najmniej trzy baby, przytrzymujące wijącego się malucha i próbujące założyć mu mikroespadryle, plus kilka wolnych elektronów, przymierzających dorosłe buty. Trzeba brać numerek i czekać na obsługę. Harmider taki, że można oszaleć. N. oczywiście wdał się jeszcze w rozmowę o jednym barze w okolicy, który chcieliśmy odwiedzić, wobec czego wszyscy obecni w sklepie tłumaczyli mu, jak do tego baru dojść, wrzeszcząc i wymachując rękami. Na szczęście jedna pani powiedziała, że bar się zamknął na wakacje. A najlepsze było, że wyszliśmy bez torby z butami i musieliśmy się wracać. Uff, piękna przygoda.

Bab

Najlepsze, że w ogóle nie mieliśmy szoku termicznego przy powrocie, bo u nas też przemiłe ciepełko (ale to nasze jest znośniejsze, przynajmniej na noc się ochładza i jest o wiele bardziej rześko – no i nasze słońce nie jest aż takie gorące) i pierwszy raz leciałam samolotem w sandałkach. Zawsze mi potwornie marzną stopy, nawet w tenisówkach, ale po prostu nie byłam w stanie nawet POMYŚLEĆ, żeby założyć zakryte buty. I dobrze, bo wcale nie zmarzłam (świat się kończy – jem warzywa i mam ciepłe nogi).

Aha, i jeszcze na lotnisku kupiłam sobie książkę Amy Poehler „Yes, please!” – w twardej oprawie, na lakierowanym papierze, waży chyba ze trzy kilo, jednym zdaniem – IDEALNA na podróż. No ale nie mogłam się powstrzymać, przepadam za dziewczynami z SNL, ostatnio zrobiły z Tiną Fey komedię „Siostry”, na której się usmarkałam po wielokroć.

Zapamiętać: lipiec w Madrycie – za gorąco. ZA GORĄCO. Nie ma szans, żeby się porządnie obeżreć. W wakacje trzeba jeździć na hiszpańską północ (gdzie jest obecnie miłe 21 stopni i cały czas leje).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „O TYM, ŻE JEDNAK ZA GORĄCO

  1. ~Wampi pisze:

    Koniec czerwca też już za gorąco! Jedna Barcelonka doradzała, zeby przyjechać dopiero w październiku. Może to ma sens w kontekście naszej październikowej aury.

    • ~B pisze:

      Zdecydowanie październikowe wyjazdy do ciepłych miejsc są najfajniejsze! Można na takiej baterii dojechać bez depresji do świąt (jak się człowiek oszczędza) i mieć myśli samobójcze dopiero w połowie stycznia, zamiast normalnie od pierwszego listopada.

  2. ~Wampi pisze:

    Kochana! To już nie są żarty:
    pierwsze primo: jeździ na rowerze w stroju cyrkowym i dba o linię,
    drugie primo: lata po odzieżówkach z błyskiem w oku i śmigłem w kuprze
    trzecie primo:…co, może jeszcze siłka i basen???
    No wiesz, tym tam dokładnie rozejrzyj sę po otoczeniu.
    No chyba, ze lenistwo Cię dopadło i masz to w chmurze…
    Całuję :*

  3. ~Maura pisze:

    Popieram- w lipcu Kantabria, Asturia, Galicja :)

  4. ~Tiganza pisze:

    świat się kończy, panie ludzie… Barb wyraża POZYTYWNĄ opinię o deszczu i chłodzie… ;>

    • ~Barbarella pisze:

      O żadnym chłodzie się pozytywnie nie wyrażam!
      Stwierdzam tylko, że jednak 38 przez całą dobę na okrągło, bez najmniejszego wiaterku, to jednak PIEKŁO.
      A deszcz ciepły uwielbiam, o na przykład taki jak dziś w nocy. Teraz wszystko paruje i jest cudnie.

  5. ~malgo pisze:

    Za mało zdjęć! Dałaś radę przymierzać te futrzaki w tę pogodę? I w ogóle o nich pomyśleć w tych warunkach przyrodniczych?

    • ~Barbarella pisze:

      Wetkłam jedną nogę na ułamek sekundy i dobrze zrobiłam, bo bez mierzenia kupiłabym 36 i by mnie w palec uwierało – hiszpańskie buty często mają małą rozmiarówkę, jak włoskie. A myślałam o nich w warunkach jak najbardziej naszych rodzimych (odmrożenia pierwszego stopnia w lipcu).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>