O POGODZIE, BO SIĘ FRANCA WYBIJA NA PIERWSZY PLAN

 

To jest jakiś eksperyment naukowy, ta pogoda?  Jest czternasta i właśnie zrobiło się ciemno i z nieba napierdzielają białe lodowe kulki wielkości pestek wiśni. Naprawdę, boki zrywać ze śmiechu.

N. przez trzy dni nie było, w związku z czym spałam dość słabo; umownie wręcz. Najpierw moja wyobraźnia tkała fabułę do wszystkich trzaśnięć i skrzypnięć, tak więc miałam głowę pełną obrazów duchów, wampirów, zombie, seryjnych morderców, pospolitych włamywaczy, potwornie zdeformowanego bezdomnego ukrywającego się przed światem i takie tam bolki i lolki. W każdym razie – ze trzy zawały zanim zasnęłam. A kiedy w KOŃCU udało mi się zasnąć, to po drugiej w nocy pies dostał czkawki i się obudziłam i musiałam ją klepać po pleckach i w ogóle. A później apiać zasypianie z wampirami, mordercami itp.

- Dałaś jej wody? – zapytał surowo N., jak mu zdawałam relację rano przez telefon.

Szczerze mówiąc – nie, nie dałam, bo wodę na czkawkę się daje, żeby czkający się napił ze szklanki do góry nogami. A jak napoić psa ze szklanki do góry nogami? Hę? Poza tym miska z wodą była strasznie daleko od łóżka i w drodze ze trzy razy by mnie coś zeżarło.

N. mówi, że prognoza pogody mówi, że jutro cały dzień ma padać. Powraca temat złożenia kogoś w ofierze na poprawę pogody. Mamy jakieś typy?…

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

O KOLEJNYM ZAMACHU I NAMIASTCE SZTUKI

 

Piec znowu chciał mnie zabić  – wykąpał mnie w lodowatej wodzie. Poczekał, aż się rozgrzeję i namydlę i TRZASK – poleciała zimna. Powrzeszczałam, poskakałam, większość żelu wytarłam ręcznikiem… Pięć minut później, jak myłam zęby (kłapiące z zimna), z kranu OCZYWIŚCIE leciał już wrzątek. Wiedziałam że coś knuje, po prostu WIEDZIAŁAM – za długo udawał niewiniątko. Co za skuhwysyn -  jak by powiedziała przedwojenna hrabina.

A Szczypawka wczoraj wpadła w trans – wchodziła pod samochód i wąchała gumowe chlapaki. Zaciągała się i rozkoszowała tak, że nie można jej było wyciągnąć. N. przyznał, że być może, prawdopodobnie, niewykluczone iż przejechał po jakimś biednym truchełku, rozciągniętym na jezdni. Sądząc po zachwytach Szczypawki, musiało to być wyjątkowo wonne truchełko, jakiś nasz krajowy Pepe le Swąd. Najchętniej by się w nim wytarzała, na szczęście – nie miała jak. Dlaczego te nasze kochane pieski są takimi wielbicielami ohydy, w szczególności zapachowej?…

A propos mocno dziwnych upodobań – siostra ze szwagrem zapytali nas, czy byliśmy w salonie mebli OLIMP. Nie byliśmy, na co oni – IDŹCIE KONIECZNIE! W życiu byście nie uwierzyli, jak można zestawić kolor, kształt, fakturę obicia i NÓŻKI! Koniecznie, koniecznie idźcie, tylko weźcie coś na uspokojenie.

Chyba pójdę, bo strasznie mi brakuje Madrytu i Muzeum Królowej Zofii. Mam ich na fejsbuku i co wrzucą informację o wystawie, to mnie skręca. Ostatnio dali dziesięciominutowy klip z facetem, który opowiadał o wyrażaniu gniewu w sztuce awangardowej, stojąc na tle poskręcanej rury przeciągniętej przez pokój. No dobra, trochę się podśmiewam, bo tak między nami – niewiele rozumiem ze sztuki nowoczesnej, ale lubię ją oglądać. To pójdę sobie do salonu mebli OLIMP, będę miała chociaż namiastkę.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

O PONIEDZIAŁKU TRZYNASTEGO I MONODRAMIE PSIM

 

Pogoda w sobotę była taka piękna, że aż w sam raz na torbę z frędzlami – pomyślałam. A że u mnie od pomyślenia do sklepu internetowego biegnie szeroka, prosta, wyłożona polerowanym marmurem, osłonięta od wiatru i wcale niedługa alejka, to torba z frędzlami it is. Miałam czekać aż przecenią, ale nie róbmy z tego zagadnienia, dobrze? Bez zbędnej histerii. Pogoda się co prawda zesrała już następnego dnia, ale torby przecież nie odwołam, jak już jej obiecałam dom. Tego się nie robi torbie.

Natomiast Szczypawka wystawiła nam w sobotę wieczorem monodram pt. „Mucha w sypialni”. Myślałam, że nie usnę, tak mnie bolał brzuch ze śmiechu – wewnętrznego rozedrgania mogłaby się od niej uczyć Krystyna Janda, którą miałam za absolutną mistrzynię tego stylu, ale nie. Jednak nie, Szczypawka przebiła wszystko. „Nie! Nie, to wykluczone! Nie usnę, nie spocznę, póki ona żyje! Wychodzę. Albo nie – wracam i stawię jej czoła, albo wiecie co? ZABIJĘ! Tak, zabiję ją, podsadź mnie. Albo nie podsadzaj, strąć mi muchę. Nie, jednak wychodzę z tego splugawionego muchą pomieszczenia. Czekaj! Wracam!” – i tak PONAD GODZINĘ. Czuwanie w napięciu, warczenie, skakanie, polowanie, jazda na pazurach – zakończone triumfalnym piskiem i kłapnięciem. (Tak, prawdopodobnie ją zeżarła; wolałam nie sprawdzać).

A z seriali – aaaa, jak ja go mogłam przeoczyć? „Bosch”. W dodatku po pierwszych pięciu minutach się kapnęłam, że to na podstawie „Cmentarzyska”, jednego z moich ulubionych kryminałów.

Dziś była pobudka o piątej osiem (05:08), więc chyba nie dziwne, że widmo kurw porannych wisiało u mych ust jak tropikalne pnącza, ale akurat w Trójce grali „Babę na psy” – i wcale nie przeklęłam, ani razu! W poniedziałek, trzynastego, o piątej osiem.

Opublikowano Bez kategorii | 23 komentarzy

O FILMACH I DEKORACJACH

 

Pozimowy remanent towarzyski zrobiony. Wczoraj z koleżankami obrąbałyśmy du… to znaczy, POCHYLIŁYŚMY SIĘ NAD LOSEM znajomych bliźnich – z wiadomą życzliwością. Ta życzliwość to przez jedną koleżankę, która jest (i tu nie przesadzam) tak w cholerę życzliwa, że przy niej nie idzie powiedzieć nic złego nawet na najgorszą wydrę, bo ona zaraz wynajdzie milion miłych rzeczy do powiedzenia o tej osobie i człowiek się czuje jak pół dupy z lufcika. A druga się pochwaliła, że piętnaście lat różnicy nie ma znaczenia i pokazała nam na dowód zdjęcie w gazecie. Swoje w dodatku. No macie pojęcie? Z wrażenia aż nam się wódka z tonikiem rozlała na cały stolik i spodnie jednej z uczestniczek posiedzenia, więc zachęcałyśmy ją do zdjęcia spodni, bo w końcu jesteśmy w wieku w którym czas najwyższy odrzucić wszystkie konwenanse! Ale nie podjęła tematu. Aha, i jeszcze było o dupach (mieć dupę kontra nie mieć dupy; dżinsy dla ludzi z dupą, rola dupy jako takiej).

Oraz.

Udało mi się zdobyć i obejrzeć starsze filmy Almodovara, których nie widziałam, przy czym okazało się, że „Wysokie obcasy” widziałam – w latach 90-tych leciały na Canal + w tym systemie, że puszczają jakiś film przez miesiąc non stop o różnych godzinach. I tak obejrzałam „Matadora” i „Wysokie obcasy” jakieś 15 razy w sumie. Jakoś wtedy nie porwał mnie, a teraz też średnio. Smutnawy jest chyba.

Za to „Prawo pożądania” i „Zwiąż mnie” – bardzo smakowite, bardzo! W obu – Antonio Banderas w roli oprychowatego zagubionego chłopca, spragnionego prawdziwej miłości. I to są według mnie role, w których wypada najlepiej; amerykańskie kino wtłoczyło go w kostium latin lovera, a jemu najbardziej po drodze jest z oprychem, który marzy o prawdziwym domu i opiekuje się swoim partnerem – i wykąpie go w wannie, i pójdzie na ulicę po prochy dla niej, nawet da jej po buzi i ją zwiąże, żeby pomóc temu uczuciu, jeśli trzeba. Ryknęłam ze śmiechu na scenie, kiedy zmaltretowana Victoria Abril siedzi na sedesie i mówi „Nigdy cię nie pokocham!”, na co Antonio oburzony – „Dziewczyno, jest za wcześnie żeby mówić takie rzeczy!”. I oczywiście ma rację. Wspaniała jest jeszcze reklama polisy emerytalnej w „Zwiąż mnie”.

Oraz kocham, po prostu kocham mieszkania z filmów Almodovara. Zamieszkałabym w każdym jednym. Tak, wiem, że to są dekoracje. Chciałabym porwać jego scenografa, żeby mi tak urządził chałupę, tylko się zastanawiam, czy w naszym klimacie takie kolory mają sens i rację bytu.

A teraz idę na taras – pies mówi, że jest ciepło i żebym wyszła, a ona coś dla mnie znajdzie i zamorduje w prezencie. No to idę.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

O TYM, CO JESZCZE JEDZĄ MRÓWKI OPRÓCZ CIAST

 

Ucieszyłam się rano, że mrówki sobie poszły, bo tylko jakieś trzy sztuki kręciły się koło kosza na śmieci, nagle WTEM! Zeżarły Szczypawce śniadanie. Zmasowany atak czarnych hord na psią miskę. Wkurzyłam się podwójnie, bo pozbawiły mi psa posiłku oraz niestety musiałam przeprowadzić masakrę; nie dało rady ich wyprowadzić bezinwazyjnie z psiej stołówki i psiego żarcia. Ładny początek dnia. A gruszkami w occie, co im zostawiłam na blacie to pogardziły, mendy jedne! Chyba im zostawię kartkę przy koszu, że wynocha albo zaczynam pobierać opłaty.

Od szorowania psiej stołówki znowu mi popękała skóra na kostkach; wygląda, jakbym komuś dała w szczękę. Co u nasz po drugiej stronie Wisły wygląda bardzo nobliwie i jest ogólnie doceniane.

A dziś rano przeczytałam zachwycającą maksymę: „Życie jest jak striptiz transwestyty. Niby wszystko ładnie, pięknie, aż tu nagle…”

I z tą myślą Państwa zostawiam i idę pobierać czynsz od mrówek.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

O MROWKACH NA ODCHUDZANIE

 

A nie mówiłam, że będzie zadymka śnieżna na Wielkanoc, jak ludzie będą szli z koszyczkami? No i jak zwykle miałam rację. Jak mawiał kiedyś pan Ziemowit Fedecki – masz rację, ale lepiej żebyś miała restaurację! Z czym się całkowicie zgadzam, chociaż jedna moja koleżanka mówi, że w dzisiejszych czasach restauracja to też nie żadne hop siup. No więc już sama nie wiem.

W międzyczasie mam w domu mrówki, co się okazało, że są dietetyczkami i strażniczkami wagi (mojej). Zaraz sobie pójdą, jak zrobi się cieplej (ZROBI SIĘ CIEPLEJ, PRAWDA? do jasnej cholery), tymczasem zjadają wszystko, co ma w składzie cukier. I tak, jeszcze przed świętami opieprzyły sękacza. Żal mi go było okrutnie, bo sękacza lubię bardzo, no ale już trudno, zjem sobie w święta babki. Po czym mrówki skrzętnie wpierniczyły mi babkę, a nawet dwie – bo drożdżową oraz piaskową. Takie patyczki z cukrem do mieszania w kawie czy herbacie – znalazły i ogryzły do gołego patyczka. Aha, i resztę groszku z puszki. Tak, że nie jestem zanadto przytyta, bo mrówki pilnowały, żebym zrezygnowała z deserów.

Mój mąż w Wielką Sobotę wieczorem uraczył mnie arcydziełem kinematografii pt. „FURIA”. Akcja rozgrywa się mniej więcej tak: JEBS – strzela czołg, na co bohaterska załoga – FOK. Jebs, łup – fok, fok! Łubudu pierdut – fok, fok! Jebut – FOOOOOK! I to mniej więcej tyle. Aha, Brad Pitt na końcu umiera, ale wcześniej smaży jajka.

Moja siostra Zebra natomiast, która ma w sobie żyłkę hazardzisty, wczoraj nie chciała się odkleić od Quizwania – polewali sobie z N. wina i trzaskali rundę za rundą, aż szwagier żałosnym głosem prosił z kanapy „Chodź już do domu, mała mówi, że chce kupę!” – „Niech nie ściemnia, rano robiła. Dawaj następną rundę!”. Szwagier niech się cieszy, że to nie poker i że nie przegrywa właśnie ich chałupy i jego ostatniej koszuli z grzbietu.

No dobrze. A teraz bardzo proszę, koniec już tych wygłupów, pośmialiśmy się i wystarczy – ma być dwadzieścia stopni! Raz, raz!

 

PS. Aha, no i babcia, skarbnica opowieści o bliźnich, przy żurku opowiedziała o jednej pani, co mąż ją zdradzał a ona wiedziała z kim – chodził do takiej jednej flądry, no więc ona – ta żona – też tam poszła, akurat był zastawiony stół i jakieś przyjęcie, no więc wzięła i ściągnęła z tego stołu obrus z całą zastawą i przyjęciem! Tak właśnie! Ale to było zaraz po wojnie, ludzie wtedy nie zamykali drzwi do mieszkań na klucz i taka wkurzona żona miała jak się zemścić. Teraz jest trudniej.

Opublikowano Bez kategorii | 12 komentarzy

O TEMPERATURZE ŚWIĄT

 

Ciepłych żurków, ciepłych jajek, ciepłych kocyków na kanapie, ciepłych psów na kolanach i ciepłych spojrzeń oraz wesoło trzaskającego kominka życzę.

(Nie sądzicie, że jak jest tak zimno, to powinny być prezenty w ramach rekompensaty?).

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O TYM, ŻE Z NASTROJU ŚWIĄTECZNEGO NICI

 

Przed wyjazdem na ten weekend, kiedy jeszcze – przypominam – czasem świeciło słońce i człowiek stroszył piórka, a nawet trochę jakby ćwierkał, to sobie pomyślałam, żeby nie zapomnieć i od razu po powrocie oddać do pralni jasny trenczyk, bo wisi w szafie taki nieodświeżony i w czym ja się objawię na Wielkanoc.

Trenczyk. Jasny.

HAAAAAAAHAHAHAHAHAHA. HA.

A dziś rano szósta dziesięć N. wyjeżdżał w Polskę, więc odprowadziłyśmy go ze Szczypawką do przedpokoju. A on na pożegnanie rzekł:

- Pilnuj starej – i pojechał.

A my teraz zachodzimy w głowę, DO KTÓREJ Z NAS to było powiedziane.

 

PS. Bardzo śmieszne zakończenie dziesiątego odcinka Fortitude, baaardzo. I ja teraz SKISNĘ w oczekiwaniu na jedenasty. Ładnie to tak widzów wystawiać? Żeby uczciwemu człowiekowi się nad jajkami ręce trzęsły? W dodatku Alicia z „Dobrej żony” też trochę zaszalała (no wiecie co, cały czas obstawiałam jednak Finna Polmara) i weź tu człowieku się skup na świątecznym nastroju.

 

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

O GALERII W MIEJSCU DO TEGO NIEPRZEZNACZONYM

Żeby nie było tak pięknie i optymistycznie, to przy promenadzie budują jakiegoś kilkupiętrowego bydlaka. Według informacji z tablicy budowy – galerię handlową. Może jestem jakaś dziwna, ale urzędników którzy dali pozwolenie na galerię handlową na wydmach, przy spacerowej promenadzie rozebrałabym do gaci, przywiązała w centralnym punkcie miasta i pozwoliła obywatelom polewać ich zimną wodą i obrzucać zgniłymi pomidorami. A byłam pełna optymizmu, kiedy zaczęli rozbierać wstrętne prowizoryczne budy z sidingu i stawiać przeszklone, chińskie pawilony. Ale nie, zawsze się musi trafić jakiś ambitny przedsiębiorczy esteta i jebnąć galerię handlową, bo przecież Polak bez galerii handlowej jest jak chleb bez pleśni.

No dobra, miałam nie kląć przed świętami. To pokażę obrazki.

Krewetka bałtycka. Yum! (Prawda, że dość ohydna?)

krewetabaltycka

 

A oto sześć kilogramów bieżących psa morskiego na falochronie obok wiatraka:

szesckilopsamorskiego

 

Na piasku prezentuje się jeszcze ładniej. Tu z pańcią.

dwienadmorzem

 

A z tymi oknami to nie przesadzacie? Miał być eksperyment i co, sama tak zostanę z brudnymi?…

Opublikowano Bez kategorii | 24 komentarzy

O DZIURACH W ŚCIANACH I KREWETCE BAŁTYCKIEJ

 

Udało się! Udało się urwać na trzy dni i pojechać odwiedzić chałupę nad morzem. Przy czym oczywiście do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy nie zadzwoni telefon i pracowicie spakowane bagaże będą pracowicie odpakowywane. Poza tym, jechaliśmy ze Szczypawką, a Szczypawka z budą na tylnym siedzeniu – bardzo było zabawnie, bo wchodziła do tej budy i nie mogła się nadziwić, że buda jedzie 140 kilometrów na godzinę.

Postanowiłam, że musimy założyć w mieszkaniu odbojniki. Bo wszystkie ściany na wysokości klamek – z dziurami (oczywiście, nikt się nie przyzna do dziury w ścianie, same się robią pomiędzy jednymi a drugimi gośćmi, takie wyrafinowane). I wysłałam N. z moim ojcem do Niemca po odbojniki, bo JA JUŻ NIE MOGĘ NA TO PATRZEĆ i wezmę i kogoś w końcu zabiję. Pojechali, pół dnia ich nie było, przywieźli. Nawet ładne, ale PRZYKRĘCANE śrubami.

Powiadam Państwu… Ja naprawdę nie jestem pierwsza do powielania stereotypów i twierdzenia, że WSZYSCY FACECI TO BEZMÓZGIE KROCIONOGI BEZ WYOBRAŹNI ŻADNEJ! Ale czasem – coś w tym jest. Mieszkanie jest wyłożone ślicznymi płytkami, z połyskiem, a te odbojniki by wypadły przy samym brzegu płytki przecież. Każdy przykręcany na dwie śruby. Nawet jeśli przyjmiemy, że jakimś cudem płytka nie popęka przy wierceniu, to przy użytkowaniu – na sto procent. Poza tym – ALE DLACZEGO dziury w ładnej podłodze?… Zrobiłam zatem niewielką awanturę i koncepcja wyewoluowała, że w takim razie, jak pani kierowniczka się stawia, to się kupi KLEJ i te metalowe odbojniki do płytki przyklei. Łatwo nie będzie, bo to musi być super specjalny klej, ale jak baba ma fanaberię, to przecież się nie poradzi.

Po klej jechałam już osobiście, N. zaprowadził mnie do alejki z odbojnikami i co? Nad tymi metalowymi wisiały cale rzędy, ale to CAŁE RZĘDY ślicznych, tanich, okrągłych silikonowych odbojników. Przyklejanych do podłogi. W różnych kolorach. N. się podrapał po głowie i stwierdził, że ich NIE ZAUWAŻYLI. Za to pokazał mi jeden odbojnik, nad którym się zastanawiali, bo był taki malowniczy. Wielkości rondla, w którym gotuję jajka. Mógłby robić za dodatkowy stolik do kawy.

Szczypawce bardzo się plaża podobała, oczywiście chciała zabić mewy, zamoczyła łapki w morzu, a my spotkaliśmy tych samych facetów, co rok temu – łowiących krewetki bałtyckie. W gumowych ubrankach po szyję, brodzą w zimnej wodzie i łowią w specjalne sieci te malutkie bidule, co wyglądają bardziej jak dafnie, a nie jak krewetki. No ale podobno w hodowli ryb to rarytas, karmi się samice w trakcie tarła i ikra po nich jest, że ho ho! N. się naturalnie zaprzyjaźnił z panem od krewetek, a ten powiedział, patrząc na Szczypawkę:

- A psy to je bardzo lubią.

Więc N. wyciągnął jedną krewetkę i podał Szczypie, która natychmiast ją pożarła bez mrugnięcia okiem. A pan od krewetek dokończył zdanie:

- …tylko później często zwracają. Ale to jak ich za dużo zjedzą! – dodał szybciutko, widząc moje nieco mordercze spojrzenie.

Objadłam się ryb, wciągnęłam pysznego gofra z musem jabłkowym w kawiarni „Czuć miętą” i było fajnie, a jakby tak nie wiało i było o te kilka stopni więcej, to już w ogóle. Ale to by się pewnie człowiekowi w dupie poprzewracało z dobrobytu, a przecież nie o to chodzi, prawda.

A poza tym, chciałam zauważyć, iż jakkolwiek Szczecin nie ma zbytniego szczęścia do pięknych nazw dzielnic (Podjuchy na przykład; albo Gumieńce, no litości, jakiś sadysta to wymyślał czy jak?), to płynie przez niego rzeczka o najpiękniejszej nazwie dla rzeczki, jaką znam: Chełszcząca. Latem musi być fantastycznie, pójść sobie na spacer brzegiem Chełszczącej.

Opublikowano Bez kategorii | 23 komentarzy