O KURACH
Mamy u nas świetny bazar ze wszystkim, na który ja nie cierpię chodzić, bo przez całe życie bylam ciągana bladym świtem w sobotę, a N. uwielbia. Więc podzieliliśmy obowiązki tak, że on chodzi, a ja nie. Na tym bazarze każdy ma swoich dostawców. Nie szkodzi, że stoi pań z jajkami dwadzieścia - idzie się DO SWOJEJ. To samo z ogorkami małosolnymi, jabłkami, kalafiorami, buraczkami, chrzanem, ćwikłą… Każdy ma swojego dilera.
Od jajek mamy bardzo dobrego dilera. Są pyszne, a ostatnio prawie każde jajko ma podwójne żółtko. A od kilku tygodni jakaś połowa jajek wygląda inaczej - są takie długie, wąskie i spiczaste. Widocznie przerzucił się na jakąś odmianę kur o arystokratycznie wąskich dupach. Takie szczupłe, zarozumiałe, z długą szyją i na długich łapach. Wieczorami zamiast plotkować z innymi kurami, to się alienują na grzędzie i robią sobie pedicure. A kogutowi mówią, że je głowa boli.
Oraz, niestety, jest już młoda kapusta, więc gudbaj moje dwa kilo w dół, które zostawiłam w Madrycie.
"Fringe" zaczęłam oglądać. Nieco nawiedzony ten serial; bardzo zachęcający pierwszy odcinek, w którym wszystkim pasażerom samolotu włącznie z załogą spłynęło ciało na podłogę. W realizacji coś pomiędzy "Archiwum X" a "Star Trekiem". Tylko nie ma na kim oka zaczepić, bo wszyscy aktorzy jacyś tacy. Zresztą, może to i dobrze, bo z drugiego "Sherlocka Holmesa" nic nie pamiętam z akcji, bo cały czas się gapiłam na Roberta Downeya Jr.
barbarella 2012-05-18 11:54:50
skomentuj (11)
O KIELONKU
Coś nie w sosie jestem od dni kilku (tylko w panierce)
(pikantnej).
Może to przez sny! Dziś mi się śnił japoński musical,
którego akcja działa się w domu starców. Jak słowo daję… Nie wiem, skąd mi się
to bierze. Ufo, seryjni mordercy, okej, ale tym razem to już moja podświadomość
przebiła nawet sen o kąpieli w wannie z wicepremierem Pawlakiem. Chyba powinnam
się poddać hipnozie (i okaże się, że tak naprawdę jestem przybyszem z Andromedy).
W centrum handlowym zaatakował mnie nowy sklep pod tytułem „Nowoczesna
Kuchnia”. Ze sklepu szczerzy się do człowieka duża ilość stali nierdzewnej.
A ja bym chwilowo wolała sklep „Staroświecka kuchnia”,
zdecydowanie. Żeby można było kupić sobie taka starą, dużą kuchnię z kucharcią
Helenką i podkuchenną, co jest trochę jeszcze fleja, ale już powoli wychodzi na
ludzi. Helenka by codziennie rano przynosiła świeże plotki z całej okolicy i
byśmy je omawiały przy porannej herbacie. Bo na razie to wiem tylko, który pies
sąsiadów zgrzeszył, a i to retrospektywnie, bo poznaję po szczeniakach. Później
bym dysponowała menu, a Helenka by mnie ochrzaniała, że za tłusto, bo pan musi mieć
dietę, albo że obiad cały w jednym kolorze i tak się nie robi. Zupę cytrynową,
kurczęta z sałatą i placek z rabarbarem poproszę na dziś.
Róże nam wymarzły. Trzeba by nowe kupić i posadzić. Ale
lawenda dała radę, dobrze, że N. jej nie wyrwał, bo na pierwszy rzut oka nie
rokowała w ogóle.
I dzięki za leniwego koka na ołówek. Świetny.
To co? Po kielonku?...
PS. A wracając do spotkania maturalnego, to najbardziej się szykowałam, że wypomne takiemu jednemu, jak mi kiedys w piatej klasie szkoły podstawowej pomazał długopisem gumke do ścierania. Bo ja wszystko pamiętam (beware, droga teściowo - jestem pamiętliwom sukom) i UWIELBIAM wypominać. A ten drań co?... NIE PRZYSZEDŁ!
barbarella 2012-05-16 12:16:50
skomentuj (13)
O IMPREZIE I SMIESZNYM PSIE
No. To przeżyłam dwudziestolecie matury (ILULECIE? To ja w 1995 roku nie chodziłam do podstawówki?… Jezus Maria). Bardzo było miło, choć w plenerze i bałam się, że każą siedzieć przy ognisku albo jeździć na osiołku! Łaaaa!… Ale nie, wpuścili do wnętrza i były krzesła. I toalety. Czyste. Uff.
Największe brawa dostali ci z kolegów / te koleżanki, które oznajmiały, że mają drugiego męża albo drugą żonę, albo żonę dziesięć lat młodszą, albo się rozwiedli. A jeden kolega nawet ma w domu sytuację pod tytułem "twoje dzieci z moim dzieckiem biją nasze dziecko" - no, ten to dostał owację. Na tym tle wypadłam blado i nieciekawie, jak zwykle. Po czym były wspomnienia ze szkolnych wycieczek, których KOMPLETNIE NIE PAMIĘTAM. Widocznie wyparłam wszystko z pamięci, jak traumę. No cóż, liceum nie należało do moich najulubieńszych etapów w życiu.
A dziś sobie oglądam "Gwiezdne Wojny", bo N. kupił cały zestaw na blurayu, z materiałami dodatkowymi. To znaczy, oglądam od IV części, bo te trzy nowe części to NIE SĄ DLA MNIE GWIEZDNE WOJNY, tylko jakieś dziadostwo - żeby to było jasne. Te całe Naboo i Madam Padam. Więc jem sobie kalafiora, a tam Luke Skywalker trafia do wentylatora, bo Han Solo wrócił i zestrzelił myśliwiec Dartha Vadera. Ale po jaką cholerę dorysowali te jaszczurki, to nie wiem. Bez sensu, chłopaki z South Parku mają rację, że powinno się filmy odbierać ich twórcom, żeby ich nie zepsuli po latach. Dobrze, że mamy wersję sprzed poprawek.
O, a to jest pies z Calle Huertas. Wygląda dokładnie tak, jak brzmi muzyka, ktorą tam puszczają.
barbarella 2012-05-13 20:04:21
skomentuj (40)
O MALUTKIM WYJAŹDZIKU
No nie było mnie moment, gdyż albowiem w zeszłym tygodniu rozpętała się akcja pt. "Wyjazd do Madrytu". Zaczęło się w poniedziałek, a później już był rollercoaster: jedziemy / nie jedziemy / jedziemy / nie jedziemy… W tle słyszałam normalnie takie "patataj patataj patataj patataj… BONAAAAANAZAAAA!". Że nie wspomnę o rezerwowaniu i odrezerwowywaniu biletów i hoteli. W środę po południu stanęło na "jedziemy" i w czwartek o świcie stanęlam karnie z waliczeczką naprzeciwko stanowiska SwissAir.
W tamtą stronę mieliśmy przesiadkę w Zurichu - na przesiadkę 40 minut. NIENAWIDZĘ, kiedy na przesiadkę jest mniej niż godzina, ale okazało się, że Swiss to Swiss. Wylądowaliśmy w Zurichu przed czasem, przebiegliśmy lotnisko z wywieszonymi ozorami i nawet starczyło czasu na kanapkę z jajkiem.
W Madrycie powitały nas:
a) trzydzieści stopni upału, oraz
b) samolot Athletico Madrid, stojący dumnie naprzeciwko głównej części terminala.
Jeśli chodzi o upał, to dziewczyny w Madrycie jeszcze nie zdjęły długich spodni, grubych rajstop, kozaków i szalików. Nawet, jak któraś szła w bluzce z krótkim rękawem, to w kozakach i okutana apaszką. Ciągnęłam się oszołomiona upałem w sandałkach i liczyłam te twardzielki, ale tak po pięćdziesiątej przestałam.
Co do Athletico Madrid, to wygrali jakiś mecz, podobno ważny (N. mi tłumaczył, ale ja na piłkę nożną głuchnę niestety) i pół Madrytu latało ubrane w koszulki w biało - czerwone pionowe paski (barwy Athletico - moim zdaniem, poszerzają). Mimo, że czwartek, na ulicach wieczorem i w nocy był dziki tłum, wszystkie stoliki na zewnątrz zajęte, sporo osób śpiewało, a i tak nie byliśmy w epicentrum rozrywki, czyli przy fontannie Neptuna, w której się podobno wykąpała zwycięska drużyna. Oraz wleźli Neptunowi na głowę. Otoczeni wyjącym tłumem, naturalnie. Ot, kolejny wieczór w Madrycie. Zawsze sobie potrafią znaleźć powód, żeby pić do rana.
N. zjadł rybę, ja dostałam prezent od kelnera (wachlarz z ośmiornicą… hmmm) i udaliśmy się na drinka na Calle Huertas, do małego baru, gdzie grają jazz, a na drzwiach narysowany jest śmieszny pies. Tam mój mąż oczywiście zaprzyjaźnił się z barmanem Antonio, który lubi polską wódkę Żubrówkę, ale pije ją z sokiem żurawinowym. N. nawracał go na sok jabłkowy, a wysoka, szczupła barmanka z grzywką (która mnie wkurwia, Hanka świadkiem) udawała intelektualistkę - wywlokła spod baru jakieś grube książczysko i niby była bardzo zaczytana. Pfff.
A w nocy mieliśmy w pokoju żar tropików, gdyż klimatyzacja nam się lekko zepsuła. N. wstał wściekły jak osa i poleciał ściągać mechanika od klimatyzacji (który przyszedł, a myśmy go zrzucili z drabiny, jak wróciliśmy ze śniadania, a on akurat coś dłubał przy drzwiach).
Powrót LOT-em bez przesiadki był bardzo przemiły, gdyż obok N. siedział facet, który tak nieprzytomnie śmierdział (wódą i kiełbasą, naturalnie), że przez całą drogę biedny N. siedział profilem i był nieprzytomnie wściekły. Ja nie wiem, dlaczego takich ludzi wpuszczają na pokład, naprawdę.
Doskonale się w tym upale sprawdziła fryzura "kok na pączka". Pączki do koka to świetny wynalazek, dobrze, że Hanka mnie oświeciła, co to jest, bo z wyglądu to taki drapak do mycia garów. Koka się robi w 30 sekund i świetnie się trzyma i w ogóle. Gdyby jakiekolwiek włosy mnie lizały w szyję w tej spiekocie, to bym chyba oszalała.
Więc w nagrodę mam od rana swojski słowiański deszcz, pranie i kotlety mielone do zrobienia - żeby mi się w niektórych częściach anatomii nie poprzewracało z dobrobytu. O.
barbarella 2012-05-12 10:58:02
skomentuj (12)
O NASTROJU DZISIEJSZYM
Od rana mam nastrój "KOGO BY TU ZĘBEM DRASNĄĆ".
A najlepsze, że Zebra mówi, że też.
I że jej córka też!
Plamy na słońcu znowu jakieś rekordowe albo przesłanie podprogowe poddźwiękami. W każdym razie widzę na czerwono. W plamy.
I w głowie mi się kręci i chyba napiszę powieść "Miałam się napić kawy, a zabiłam listonosza nożem".
BARDZO niekorzystne biometeorolo.
barbarella 2012-05-08 12:44:05
skomentuj (25)
RENAMENT WEEKENDU
Ja lubię KLAMRY KOMPOZYCYJNE, więc pozwolę sobie zamknąć weekend lekkim podsumowaniem:
a) okropnie się przemięsowiłam; absolutnie muszę się odmięsowić, nawet już zjadłam tak zwanego kalafiora pod pretekstem (pod pretekstem zjedzenia z tym kalafiorem kostki masła z toną bułeczki);
b) pogoda to już zaczęła mnie w pewnym momencie martwić, bo u nas NIE MA TAKIEJ POGODY, tyle dni z rzędu - jak nic Ruskie znowu coś rozpylają, doszłam do wniosku - hel, albo Czernobyl, na szczęście zaczęło padać;
c) zadzwonił urząd skarbowy:
- Pani złożyla PIT-a internetem tak???
- Nie, papierem.
- A no to ja nie wiem, ale w marcu pani zapłaciła 11 złotych za mało. W sierpniu 13 złotych za dużo. Ja nie wiem, korektę pani musi złożyć. Niech to pani biuro do mnie zadzwoni. Suma się zgadza, ale co z tego!
Japierdolę, jakie to państwo jest ze mną NIESZCZĘSLIWE. Zamiast być kolejną bezrobotną pobierającą wszystkie możliwe zasiłki i leczącą się na jego koszt z alkoholizmu, to nie dość, że płacę podatki, tworzę miejsca pracy, to jeszcze CHCIAŁAM JE ORŻNĄĆ, to państwo, na jedenaście złotych w marcu, i mimo, że oddałam w sierpniu, to pani ze skarbowego (mila, ale co z tego!) ma ze mną PROBLEM. Co roku ma problem, bo co roku placę. Jak Boga kocham, w końcu przekonam tego N., żebyśmy wyjechali na te Kanary, bo tu państwo ma z nami SAME PROBLEMY. W dodatku w JEGO urzędzie skarbowym nigdy nie ma problemów, a moim - dla odmiany zawsze. Dlaczego się jeszcze nie przemeldowałam, to nie wiem. A, wiem! Bo nienawidzę urzędów, wolałabym zabijać Minotaura w labiryncie, niż chodzić do urzędu jakiegokolwiek.
d) mój mąż właśnie słucha piosenki PO HISZPAŃSKU o pięknej piętnastolatce. Noooo, lekko mi to pedofilią trąci jednak! Oraz - chyba zaczynam rozumieć hiszpański. Niemniej jednak - DOIGRAŁ SIĘ - idę oglądać "Pingwiny z Madagaskaru".
e) koleżankom moim, wysyłającym ZACHĘCAJĄCE linki do sklepów internetowych z odzieżą, butami itp. mam do powiedzenia jedno: DEZYNFEKUJCIE SZYJE SPIRYTUSEM, ALBOWIEM UPIŁUJĘ WAM GŁOWĘ ZA CHWILĘ.
f) a ten księżyc z wczoraj?… Prawie czułam, jak porastam sierścią. Fenkju.
barbarella 2012-05-06 21:33:37
skomentuj (18)
O BURAKU, CO SIĘ WYBIŁ
Na półpiętrze leży zdechła mucha.
NIE PODNIOSĘ.
Mam niejasne wrażenie, że w tym domu mieszkają jakby DWIE OSOBY. Pierwsza z tych osób trenuje łucznictwo. Druga z tych osób obsługuje zmywarkę, pralkę, odkurzacz, ścierkę z cilitem i właśnie sprawdziła w CV, że nie ma tam wpisanego PODNOSZENIA ZDECHŁYCH MUCH Z PODŁOGI.
Więc mucha leży i jest symbolem mojej niezależności i wiary w wolność jednostki.
I ostatnio śmieszy mnie, że burak pokrojony w plasterki to jest CARPACCIO. Uwielbiam buraki pokrojone w plasterki (w ogóle jakkolwiek pokrojone) i cieszy mnie, że są takie modne i wszędzie można je sobie zjeść, ale u mnie w domu to się nazywało zawsze "burak w plasterki". A tu ci masz - carpaccio. Znaczy, poczciwy burak się wybił społecznie i bardzo dobrze.
Chyba sobie zrobię kanapkę z fin de siecle z pomidora.
barbarella 2012-05-05 11:45:58
skomentuj (13)
O TYM ROMANSIE CO MI W NIEGO NIE WIERZYCIE
Między jednym trupem a drugim czasem lubię sobie czasem wciągnąć romans. Tak na odświeżenie podniebienia. Najlepiej, żeby się dział na Południu. Chodzi oczywiście o południowe stany USA. "Przeminęło z wiatrem" mogę czytać na okrągło, ale te bardziej współczesne też są fajne. Takie "Smażone zielone pomidory","Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-ya" - oba w wersji filmowej też lubię bardzo. "Stalowe Magnolie" oczywiscie. Na Południu rządzą całkowicie, niepodzielnie kobiety. Mężczyźni plączą się gdzieś tam w tle, ale nieprzesadnie. Lubię też, że wiele z nich pije alkohol, całkiem sporo to porąbane ekscentryczki (mówiąc delikatnie) i nie liczy się, ile masz lat. Możesz mieć dziewięć, a możesz osiemdziesiąt siedem.
No i przeczytałam sobie "Lato w Savannah" - taka prościutka książeczka, miejscami aż za naiwna i przesadnie idealistyczna, ale z kilku akcji można się pośmiać od serca. Historia wędrującego stanika zapadła mi w pamięć, oraz końcowe przyjęcie, na którym dwie damy z Południa nieco się poszarpały za fryzury, bo w końcu miały okazję sobie wyjaśnić kilka spraw. Uważam, że to zdrowo i powinno się tak rozwiązywać konflikty, zanim się nawarstwią i wyrwą spod kontroli. Za kudły, do parteru, twarzą w pasztet, później buzi na zgodę i jedziemy dalej. Prawda?
Na leżak, nad basen i na taras - polecam.
A teraz zamówiłam sobie "Fringe", bo w końcu też nie ma co przesadzać z tą miłością do świata. I koko euro spoko.
PS. EURO mnie tylko i wyłącznie wkurwia, ale na Lotosie mają świetne krzywe okolicznościowe szklanki za punkty.
PSPS. A "Pan Potwór" też fajny, tak na marginesie.
barbarella 2012-05-04 14:31:00
skomentuj (1)
O TYM, ŻE LENISTWO SIĘ PRZYDAŁO
I tak sobie siedzę na tarasie, jak wielki, tłusty termit, robię nic (dobra - robię na szydełku i czytam nienachalne romanse). A dookoła, ze wszystkich krzaków, WSZYSTKICH, dobiegają mnie odgłosy intensywnego rozmnażania. Serio, pod KAŻDYM krzakiem coś… ekhm… flirtuje. Energicznie i z odgłosami. Normalnie czuję się jak cieć w amerykańskim koledżu. A jeden dziobak siedzi na gałęzi i drze na mnie mordę, gdyż oto zamierza się wprowadzić do dziupli naprzeciwko tarasu, a ja mu PRZESZKADZAM. Krępuje się, jak tak siedzę na tarasie i się na niego patrzę, a przecież ON TU MIESZKA. A przynajmniej za chwilę będzie.
Zawsze mówiłam, że przyroda mnie denerwuje, bo jest taka ROSZCZENIOWA.
Zrobiłam botwinkę i wyszła straszna - jakaś taka szaropomaranczowa. Moja mama ani babcia w życiu nie ugotowały takiego bełta!… Ich botwinki zawsze miały śliczny amarantowy kolor. Miałam ochotę wziąć garnek, na brzegu rzeki usiąść i płakać, czego nie zrobiłam z wrodzonego lenistwa - do jakiejkolwiek rzeki jest ode mnie jednak kawałek (a jeszcze w taki upał z garnkiem pełnym pomyj!). Po czym ta cholera ostygła i zrobiła się śliczna i różowa. Nic już nie rozumiem, najwyraźniej moja botwinka ma opóźniony zapłon. Zupełnie jak ja.
A w Santiago 14 stopni i leje, i tak do końca tygodnia. Przynajmniej raz w życiu moje lenistwo okazało się pożyteczne.
barbarella 2012-05-01 17:35:00
skomentuj (6)
O MAŁŻEŃSTWIE
Majówa rozpoczęta.
N. zrobił tatara, przepysznego (tak, wiem - menu w sam raz na upał). Siekanego. Sam osobiście siekał wielkimi nożami od Karlosa. Goście biegali po dokładki do lodowki.
Następnie jedna moja koleżanka oświadczyła (po butelce wina), że nie wierzy w małżeństwo. Mąż oczywiscie siedział obok. W dodatku od kilkunastu lat ten sam. Ale nie, ona nie wierzy.
A druga koleżanka opiekuje się trudną młodzieżą i wyznała, że nie ma złudzeń co do swojej pracy, po prostu ich liczy na początku dyżuru i stara się, żeby mniej więcej przybliżona liczba wypadła na koniec.
Tartę zrobiłam, acz z francuzem to lekka porażka. Zrobiło się z niego takie cienkie, tłuste chujwieco i w sumie nawet nie można było tego pokroić, tylko oddzierałam kawałki. Widocznie źle podpiekłam albo coś. Spróbuję z kruchym następnym razem. Ale czerwona cebula i kozi ser BARDZO się lubią. Powinni być małżeństwem!
Czy mam kaca? Pfffff.
barbarella 2012-04-29 12:03:25
skomentuj (12)