O OCZACH I OGONIE

 

Sprawy mają się tak, że przez Netflix niedługo odklei mi się siatkówka oraz zrobiłam w sobotę wołowy ogon. I wyszedł mi!

Bo już raz robiłam ogon, ale był suchy, twardy i żylasty; w ogóle niepodobny do tego delikatnego mięska w szklistym, głębokim w smaku sosie, jaki podają w Hiszpanii (w prawie każdej szanującej się spelunie). Zdenerwowałam się, no bo żeby bycza kita człowiekowi na ambicję nadeptywała! Przestudiowałam hiszpańskie przepisy, które różniły się detalami, ale wszystkie mówiły o jednym: dusić trzy godziny. Trzy. I dusiłam trzy i wyszło absolutne cudo – w smaku i konsystencji. Najwyraźniej krótko i skutecznie to sobie można dusić pieczarki lub teściową (albo teścia – jestem absolutną zwolenniczką równouprawnienia), ale ogon potrzebuje trzech godzin.

Aha, no i butelki czerwonego wina jako podstawy sosu (tak, butelki; BU TEL KI).

A Netflix wrzucił serial „Mindhunter” – o początkach pracy profilerów w FBI, w związku z czym mam nadzieję, że ten ogon wystarczy N. na dłużej, bo ja NIE MAM CZASU na duperele (jak gotowanie, pranie, mycie głowy…). A w kolejce czeka jeszcze „Przerwa”, belgijski serial, ale podobno w klimacie skandynawskich. Aha, i „Expanse”. Chyba zacznę wstawać o czwartej rano codziennie – nie tylko wtedy, kiedy N. jedzie w delegację.

A chińska stacja Tiangong coraz bliżej Ziemi, coraz bliżej… Jeszcze nie wiadomo, gdzie walnie – osobiście miałabym kilka propozycji.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

O TYM, ŻE POWRACAĆ JEST NIEŁATWO

 

A jeszcze żeby było całkiem dobrze i miło, to chwilowo musimy nadkładać jakieś 35 kilometrów w drodze do pracy, ponieważ zabrano się za remonty dróg i ronda na autostradzie. Teraz, w październiku. Ponieważ każdy, ale to każdy budowlaniec wie, że najlepszy na remonty dróg jest czwarty kwartał – dni coraz dłuższe, pogoda piękna i nie ma jak wylewanie asfaltu w przymrozki, bo on później tak się świetnie wcale nie kruszy i wcale go nie trzeba remontować od nowa za rok. Albo za pół.

Oczywiście można jeszcze dojeżdżać pociągiem, ale właśnie zamknęli na trzy lata linię, którą oddali po remoncie półtora roku temu.

A było zostać, a nie teraz jęczeć. Ale co ze Szczypawką? Zapadałaby się w piachu.

Fue1

Jak nie ma piachu, to nadal jest pięknie i księżycowo.

Fue2

Naprawdę uwielbiam ten krajobraz. A najlepsze, że tam grasują stada kóz. STADA. Po kilkadziesiąt sztuk. I co one jedzą, ja się pytam? Bo co one piją, to się nawet nie pytam, bo tam po prostu nie ma wody. Czyli nie piją. Może żyją słońcem, jak Stachurski?

Jeśli o mnie chodzi, to słońce słońcem, ale jedzenie jest zbyt pyszne, żeby sobie odpuszczać. Mam natomiast taką refleksję – czytałam kiedyś wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz, która opowiadała, jak w domu musiała się nauczyć jeść gruszkę nożem i widelcem na talerzyku, bo tego się wymaga od eleganckiej kobiety w świecie. Gruszkę nożem i widelcem – no, może. Ale ja na przykład nie widzę możliwości, żeby zjeść nożem i widelcem TO:

Fue3

Albo TO:

Fue4

To jest – można próbować (i skończyć obiad w okolicach Bożego Narodzenia). Ale po co, skoro łapami smakuje o wiele lepiej? I za to też kocham Hiszpanię – tam się nikt nie dziwi rękoczynom w restauracjach, także tych eleganckich. No szynki na pewno nie je się sztućcami!

Fue5

„Misiu, misiu, zobacz, jakie tu mają duże ananasy!”

Fue6

Nawet nie chce mi się myśleć, kiedy następnym razem założę sandałki, bo się popłaczę. I tak mi niewiele brakuje (wczoraj płaciłam ZUS-y i podatki, więc to chyba ZROZUMIAŁE, że nie jestem w balowym nastroju).

Na otarcie łez i kataru (N. już smarcze) jest nowy sezon „American Horror Story” – bardzo nieźle się zaczyna, chociaż ze starej obsady na razie jest tylko Sarah Paulson i ten chłopak. Ale jest wspaniała niania do dziecka. Dwa pierwsze odcinki – pyszne, żeby tylko nie zrobili takiego krwawego salcesonu, jak z poprzednim sezonem.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

O TYM, ŻE ZIMNO I DÓŁ

 

Człowiek wraca opalony, zadowolony, wyszczuplony przez dietę śródziemnomorską (naprawdę, słusznie ta dieta jest na liście dziedzictwa niematerialnego UNESCO) – i bach, na powitanie chlasta go na lotnisku wicher o temperaturze pięciu stopni, a następnie pies ma przez całą noc sraczkę.

W tamtą stronę lecieliśmy z wesołą wycieczką zorganizowaną, która już w samolocie ciągnęła drinki ręcznie robione z kokakoli i wódki nabytej na lotnisku (przy czym kokakola w plastikowych butelkach w miarę trwania lotu robiła się coraz bardziej przezroczysta) oraz wybuchł mi w kosmetyczce olejek z brokatem. Na szczęście nie przesiąkł na ciuchy. Pierwsze minuty wakacji spędziłam zatem klnąc i wycierając wszystko z tłustego złotego nalotu, a w tym czasie N. zajął mi całe miejsce w szafie (trzy wieszaki mi zostawił!). Wracaliśmy również z wesołą wycieczką, która znowu przez całą drogę doiła wolnocłowe procenty. Szacunek i podziw dla tych młodych ludzi, mnie na samą myśl o porannym kacu skręcała się wątroba  i ogólnie wszystko.

Poza olejkiem nic przykrego się nie wydarzyło (no dobra, jeden kac jednego dnia, ale to dlatego że dali nam niedobre wino w „Gildzie”) i teraz wyglądam przez okno i chce mi się wyć. Coś mi się wydaje, że sandałki to ja sobie mogę już darować w tym roku.

Chyba na ukojenie bólu i tęsknoty zażyję pod język kawałek szynki iberico. Bo co mi zostało (pranie mi zostało, o!).

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O SMUTNYCH LOSACH GRZYBÓW

 

No nie zjadłam, nic nie zjadłam, bo problem grzybów został rozwiązany odgórnie przy pomocy sztucznej inteligencji. Znaczy automatyczna kosiarka je wszystkie poprzewracała, rozmaśliła i rozwlokła zwłoki.

Kosiarka była w serwisie przez jakiś czas, bo z nią jest taka sytuacja, że najchętniej by nie kosiła. Cały czas wyświetla komunikat, że JEJ ZDANIEM jest wszystko skoszone i nie wybiera się do pracy  w tym tygodniu, a N. to czyta i z upiornym HA HA HA (jak Stach, co się dowiedział że Hanka go zdradziła) naciska jej jakiś guzik, że ma nie filozofować, tylko kosić. No i ona idzie kosić, ale NIECHĘTNIE i np. gdzieś zawisa – na jakimś pieńku albo dołku. A ostatnio to nawet po naciśnięciu guzika powiedziała, że nigdzie nie pójdzie, bo nie i już. Bo drut ma zerwany (pole koszenia jest wyznaczone takim cienkim drucikiem). Bardzo było śmiesznie, pan serwisant dwa dni chodził na czworaka i szukał tego zerwania, a i tak zabrał kosiarkę do serwisu, wlać w nią nieco więcej entuzjazmu dla pracy, do której została stworzona.

Jako leń patentowany i naczelny kartofel kanapowy kraju muszę przyznać, że mam do niej sporo szacunku. Musi być naprawdę inteligentna, bo miga się od roboty po prostu koncertowo. W dodatku od razu jak wróciła z tego serwisu to postanowiła się zemścić i rozjechała wszystkie grzyby. No przepraszam, czy to nie brzmi trochę jak HAL z „Odysei 2001”?

Muszę sobie pomalować paznokcie u nóg – nie wiem doprawdy, jak to zrobić bez zdejmowania włochatych skarpet; jest jakaś laparoskopowa metoda robienia pedicure? Bo obawiam się, że zanim private boudoir wyschnie, to palce mi poodpadają z zimna.

Opublikowano Bez kategorii | 16 komentarzy

O MARCHEWCE I GRZYBACH

 

To, że świat się nie skończył w minioną sobotę, mimo że jeden pan przepowiadał, to nie znaczy że się wkrótce nie skończy. Dowód: wczoraj Szczypawka zajadała się gotowaną marchewką. Tak, GOTOWANĄ MARCHEWKĄ -  która zazwyczaj jest wyciągana ząbkami z jedzenia, nawet kawałki wielkości pyłka na swetrze i wypluwana dookoła miseczki. No i co ja mam o tym myśleć?

W ogródku mamy w tym roku jakiś opętany wysyp grzybów – jak zwykle mamy śliczne muchomory, gołąbki i wędrowniczki, ale też mnóstwo wyglądających na jadalne, i na moje oko wyglądających na zajączki. W każdym razie – gąbka pod spodem. N. zebrał jedną kolonię i już je miałam zrobić z cebulką, a one panie dziejku TRACH! Niebieskie w przekroju. Ale nie tam, że lekko sine – bardzo intensywnie NIEBIESKIE. No i nie wiem – jednak ten niebieski mnie trochę przeraził; co innego niebieski tort weselny, a co innego GRZYB w przekroju. Rzuciłam na blachę do suszenia, żeby odroczyć werdykt, ale co z nimi dalej?

Gdybym miała gwarancję, że spożycie zagwarantuje mi odjazd do Krainy Czarów, to zjadłabym wszystkie. Niestety obawiam się, że raczej na OIOM i oczekiwanie na przeszczep wątroby. A po przeszczepie wątroby już nie wolno pić wina. Czego wszyscy wolelibyśmy uniknąć, prawda?

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy

O NIEWYSPANIU I PROMYCZKU NADZIEI

O panie, ale Szczypawka urządziła nam noc – spacery i lęki egzystencjalne, w efekcie w dzisiejszych worach pod oczami mogłabym przynieść zakupy z Biedronki na miesiąc dla ośmioosobowej rodziny. Za to u weterynarza usłyszałam „Takie serce u jamnika – tylko pozazdrościć!”.

Phi – ja od dawna wiem, że takiego wyjątkowego serca jak mają jamniki, to nie ma nikt. NIKT! Ale miło, że Szczypawczane przy okazji okazało się zdrowe, w medycznym sensie.

N. zwinął mi wagę kuchenną i trzyma w garażu, a nawet do czegoś używa. Jeśli rozważa na niej narkotyki, a mi nic nie dał, to będę naprawdę wkurwiona! No chyba że rozprowadza „krokodyla” – tego po którym człowiek wpada w szał, schodzi z niego skóra i zjada ludzkie zwłoki. To nie, dziękuję. Ale jeśli coś innego, fajnego – to ma przerąbane.

No właśnie z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam się cieszyć, że jedziemy na tydzień w ciepłe miejsce (to samo, co zwykle – pani w biurze podróży już tylko wzdycha, jak do niej dzwonimy). Tym razem z lekką odmianą - otóż mamy hotel for adults only. Pozostałe były wynajęte w tym terminie. Wiadomym jest, że w takich hotelach rezyduje gender, masoni i reptilianie, natomiast kolega dodatkowo straszy, że na pewno będą swingersi i obowiązkowe orgie. A do śniadania wszyscy na golasa, a przynajmniej topless. Zdenerwował mnie, bo ja się lubię wyspać oraz brzydzę się, jak mnie obcy ludzie dotykają. Trudno, najwyżej będzie się zastawiać drzwi krzesłem.

No chyba że nigdzie nie wyjadę, bo mi łeb odpadnie, bo znowu mnie boli – a bez łba do samolotu nie wpuszczą, bo ciągle obowiązuje zdjęcie twarzy jako identyfikacja. Bez sensu.

 

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O TYM, ŻE OGÓLNIE NIEWESOŁO

 

Mało zabawne to wszystko jest. Nie dość że pogoda wspaniała, jak na koniec lata – codziennie zimno i leje – to jeszcze w wiadomościach na pierwszych stronach same rarytasy. Powódź, trzęsienie ziemi, huragan, nowy podatek, antywacki w natarciu, a w szkołach wszawica. A w Londynie 130-tonowy zator tłuszczowy w kanalizacji. Zator chociaż mają zamiar przerobić na biodiesla, ale reszta?…

Aha, jeszcze ostrygi pacyficzne mają opryszczkę.

Drogi Pamiętniku, normalnie bym się upiła w trupa, gdyby nie widmo kaca następnego dnia. Jeden pan mówi, że w tę sobotę, 23 września, nastąpi zagłada ludzkości. Z moim obecnym nastawieniem wydaje mi się, że to wcale nie jest taki głupi pomysł.

Czytam nowego Thorwalda o dawnej medycynie. Mumie egipskie nie miały łatwego życia, ale naprawdę przewalone mieli w Mezopotamii. Ale przynajmniej nie mieli listopada we wrześniu, jak my teraz.

Czy ktoś ma coś pozytywnego do zaoferowania? Tylko poważne oferty.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

O KOSZMARACH NOCNYCH I PORANNYCH

 

Nie jest ze mną dobrze. To znaczy od dawna nie jest, chociaż możemy oczywiście długo dyskutować co to znaczy, że z kimś „jest dobrze” oraz o rozmytych granicach „normy psychicznej” oraz o domniemaniu, że prawdziwy wariat uważa że jest stuprocentowo normalny. Tylko czy twierdzenie odwrotne jest prawdziwe – nie wiadomo (patrz książę Myszkin, „Idiota”).

W każdym razie, chyba mi się pogarsza, gdyż z soboty na niedzielę śnił mi się kongres PIS-u w Częstochowie. W dodatku ze wszystkich sił próbowałam się wydostać z tego koszmarnego miejsca, tymczasem w kasie nie chcieli mi sprzedać biletu kolejowego! A jak wiadomo, ja bez ważnego biletu do środka lokomocji nie wsiądę. To był tak realistyczny sen i taki okropny, taki potwornie straszny, że obudziłam się zmęczona i zapłakana.

Nie wiem co o tym myśleć   mam cichą nadzieję, że to nie jakieś trwałe zmiany w mózgu, tylko znak że powinnam całkowicie odstawić nabiał, a żarłam mizerię ze śmietaną. No ale żeby po łyżce śmietany tak człowieka wytarmosiło?…

A dziś przyjeżdżamy do biura, a tam przy windzie garażowej – woda do kostek, dla Szczypawki do kolan. Pięknie się tydzień zaczął. Ciekawe, czy będzie ewakuacja – dobrze, że my na parterze (ale i tak bez torebki nie wychodzę!).

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O DETOKSIE I PAPUDZE

 

W kolejny rok życia wkroczyłam o dziwo zgodnie z obowiązującymi trendami – zwłaszcza u kobiet, teraz jest moda na „NOWA JA”. No więc może nie cała, nie przesadzajmy, ale odbyła się pewna katharsis związana z faktem, że najpierw spożywałam przez dwa dni kubeł z KFC, co to dostałam od męża zamiast kwiatów (i słusznie, bo żywe kwiaty u mnie umierają, a cięte to już w zasadzie trupy), więc już było nieźle. A w piątek w biurze został mi zafundowany wystawny lancz urodzinowy z restauracji indyjskiej.

Moja flora jelitowa napluła mi na buty, spakowała się i wyniosła do Australii. Musi tam teraz być jak na Ziemi po upadku asteroidy, co wytłukła dinozaury. Ale za to jaki mam płaski brzuch!  Mogłoby tak zostać do wyjazdu. Albo w ogóle mogłoby tak zostać – muszę wprowadzić do harmonogramu regularną terapię kuchnią indyjską.

Buty jeszcze nie przyszły, za to książki tak – odkryłam Elizabeth Gaskell, dlaczego ja nie miałam pojęcia o Elizabeth Gaskell? To skandal, z drugiej strony – nie miałabym takiej miłej niespodzianki. Zaczęłam „Paniami z Cranford” – są cudowne, jakby się tkwiło w samym środku świata z „Emmy” (chociaż nawet w „Emmie” nikt nie uszył flanelowego pokrowca dla ulubionej krowy).

Ale to wszystko jeszcze nic: moja koleżanka kupiła papugę. Bardzo ładną, jak to papugi mają w zwyczaju. No i uwaga – wszyscy w domu MAJĄ NADZIEJĘ, że to jest ON. Papug. Ale tak na pewno to się okaże za trzy lata! I weź tu człowieku mieszkaj przez trzy lata z dźenderem pod dachem, i nie wiadomo w jakim pojemniczku mu wodę podawać – w różowym czy w niebieskim – no i jak mu/jej dać na imię? Jakoś uniwersalnie, żeby w razie czego nie było zamieszania. Proponuję „Włodzimierz” – ładnie i jakby co, to pasuje do dziewczynki.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

O BRAKACH W GEOGRAFII I PRZYSŁOWIACH CHIŃSKICH

 

Niniejszym przedstawiam dowód na to, że głupiemu lepiej się żyje: N. przeczytał etykietę „Flaków po zamojsku”, z której wynika że flaki powstają w fabryce oddalonej o 650 kilometrów od Zamościa. Spowodowało to u niego dość znaczący dyskomfort geograficzno – gastronomiczno – logiczno – logistyczny. Mnie to w ogóle nie rusza, bo geografia fizyczna zawsze była moją piętą Achillesa, nie jedyną zresztą. W moim przypadku Achilles musiałby mieć sporo pięt, czyli być co najmniej ośmiornicą, a najlepiej jakimś krocionogiem. W każdym razie – on umie w geografię i się teraz martwi kondycją tego świata i zakłamaniem w dziedzinie gastronomii, a ja wcale. I czyje na wierzchu?

A poza tym chwilowo mam doła – WIADOMO z jakiego powodu. A jak mówi stare chińskie przysłowie – „Jeśli pies szczeka, to znaczy że jest niedogotowany”. TFU! Co ja wypisuję – nie to przysłowie! Chodziło mi oczywiście o inne, równie chińskie, bardzo stare: „Jeśli masz doła, to kup buty”. Nie wiem jak Państwo – ja się z Chińczykami nie zamierzam kłócić, bo oni teraz rządzą światem i lepiej ich nie denerwować.

O, Michasia Witkowska nową książkę wydaje. Będzie o co ząb zaczepić.

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy