UWAGA, TO NIE JEST NAPAD

Zainteresowanych zapraszamy serdecznie:

barbarellablog.pl

Dzięki refleksowi Kanionka męża (szczegóły już na nowym miejscu), adres się różni jedną kropką. Jedną kropką! To znaczy – bez jednej kropki (Jak w tym filmie, co był Psikutas bez S).

To by było na tyle, Onecie.

Mówiła Ripley, ostatnia ocalała z „Nostromo”.

END OF TRANSMISSION.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

O KOŃCU (ŚWIATA)

 

Nic nie piszę, albowiem dostałam uprzejmą wiadomość mailową, że Onet likwiduje blog.pl i moje prawie siedemnaście lat blogowania mogę sobie powiesić w wychodku.

Trwa ogarnianie rzeczywistości. W sumie to przecież nie jest sytuacja, że muszę uciekać z pożaru z jednym albumem ze zdjęciami i filiżanką, więc NIE MA CO NARZEKAC – prawda?

Kurwa mać. Tyle powiem.

 

Opublikowano Bez kategorii | 58 komentarzy

O TYM, CO ZWIERZĄTKA WNOSZĄ DO NASZEGO ŻYCIA

 

Zwierzątka wnoszą do naszego życia między innymi swój apetyt. Na przykład sikorki opierdzieliły mi galaretkę truskawkową, którą wystawiłam na parapet, żeby się zsiadła. No owszem, zsiadła się, ale górna warstwa została obżarta i podziobana – skąd one wiedziały, że to czerwone w słoiczkach to coś jadalnego? No nic, mam przynajmniej potencjalną metodę na pozbycie się trupa: oblać galaretką truskawkową i wyłożyć na parapecie. Sikorki zajmą się resztą (a ze szkieletu się zrobi ksylofon).

Natomiast Szczypawka piła zimową edycję redbulla. Ona uwielbia redbulla – żadnych innych kolorowych, gazowanych napojów – tylko redbulla, każdy smak. Niech no psyknie puszka w samochodzie, a pies dostaje szału: wspina się po mnie, próbuje zapuścić jęzor do puszki, oblizuje mi palce. Muszę ją poczęstować przynajmniej kilkoma kropelkami. No i teraz było tak samo – N. przy okazji tankowania wziął edycje zimową (smakuje jak stołówkowy, rozcieńczony kompocik ze śliwek) i pieseczek koniecznie musiał degustować.

No i jeszcze ukradła mi kocyk z Pepco. Zakochała się i zapsiła go dokumentnie.

Kocyk1

Czasem leży na wierzchu, a czasem robi kieszonkę jak kotlet szwajcarski z nadzieniem z jamniczka.

Kocyk2

I co jej zrobisz. Nic nie zrobisz. Znowu muszę polować na kocyk.

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O NOŻACH I O TYM, ŻE NIE DA SIĘ NIE PRZEKLINAĆ

 

No więc nie mieliśmy prądu przez dobę, ponieważ spadły trzy centymetry śniegu. Pierwszego grudnia (kto by się spodziewał!). W dodatku to nie śnieżyca zerwała linię energetyczną, tylko PGE wyłączyło następnego dnia, bo u jednego na podwórku spadła gałąź – więc to chyba logiczne, że trzeba wyłączyć połowie wsi na całą dobę. I to zimą, czyli zostaliśmy bez ogrzewania i ciepłej wody. Ale przecież było cudownie, tak przytulnie przy blasku świec, N. palił w kominku, a ja – klęłam. Przysięgam, że NAPRAWDĘ chciałabym przestać kląć, ale nie da się, po prostu nie. Następnego dnia kupiliśmy w Biedronce zapas bardzo wielkich i grubych świec, bo jest więcej niż prawdopodobne, że impreza się powtórzy, w końcu astronomiczna zima nawet się jeszcze nie zaczęła.

Co poza tym. No na przykład – kupowałam prezenty gwiazdkowe na Garneczkach – tak, wiem jak to brzmi, gary na Gwiazdkę – ale ja jestem beznadziejnie praktyczna, a tam są naprawdę fajne rzeczy. No i mówię do N., że zostało mi kilkanaście złotych do darmowej dostawy i czy czegoś nie potrzebuje? Owszem, potrzebował – zaraz zagłębił się w kategorii „NOŻE JAPOŃSKIE” i wybrał taki za dwa tysiące sześćset złotych – czyli wcale nie najdroższy; powiedziałabym że ze średniej półki (japońskiej). Ciekawe, jak wygląda dostawa takich noży – czy wysyłają je tymi furgonetkami, które wożą pieniądze z banków z obstawą ochroniarzy. A do lokalu widniejącego w adresie wchodzi dwóch panów w czarnych garniturach i z krótkofalówkami i robią rozpoznanie – „Roger, teren czysty, możesz teraz wnieść paczkę z nożem”. I czy na przykład pomidor na kanapce pokrojony nożem za pięć tysięcy znacząco odbiega smakiem od pomidora, pokrojonego znakomitym hiszpańskim nożem Arcos za osiemnaście euro.

Nie wiem i chwilowo raczej nie spróbuję, bo jednak nie wzięłam tego noża, tylko stalowe naczynko do rozpuszczania czekolady w kąpieli wodnej, o.

Echhhh… zjadłabym frytki. Wielką, gigantyczną górę chrupiących fryteczek.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

O TYM, ŻE NIE MA SIĘ CO OSZUKIWAĆ – ZIMA PRZYSZŁA

 

Od rana wali śnieg, a w Trójce radośnie zapodali, że „Gdy święty Andrzej ze śniegiem przybieży, sto dni śnieg na polu leży”. Lekko byłam śpiąca, ale taka wspaniałą wiadomość działa lepiej niż elektrowstrząsy – natychmiast mi senność przeszła, za to zaczął mnie łeb boleć. A na dokładkę, i tu składam serdeczne podziękowania dla Kanionka, jest mi cholernie przykro z powodu dżdżownic, które okazało się mają przesrane sto razy bardziej niż ja. I siedzą teraz takie biedne, zmarznięte, łyse, gołe i nie maja dokąd uciec. Już jak Kanionek człowieka uświadomi, to nie ma wiadomej instytucji we wsi.

Zmotywowałam N., żeby zrobił nowy karmnik, bo stary już jest tak zdezelowany że wstyd i sromota na całą okolicę – nawet stare obierki od ziemniaków szkoda do niego wyrzucać, a co dopiero prowadzić wystawny bufet dla naszych eleganckich ptaszynek. No i teraz będę musiała go popędzać, bo on by najchętniej zrobił z ręcznie rzeźbionego dębu, a to nie katedra Sagrada Familia i potrzebny jest NA JUŻ. A w tym roku tyle ptaków u nas się kręci, pewnie dlatego, że w okolicy mnóstwo drzew powycinane i szukają sobie schronienia, gdzie tylko znajdą trochę krzaków. Kilka dni temu widziałam na trawniku dzięcioła zielonego – jaka ślicznota, w ogóle dzięcioły są ładne, ale ten to już PRZESADZIŁ. Wygląda jakby dzięcioł miał romans z papugą.

W nawiązaniu do kocyków – syrenich ogonów, to po przemyśleniu sprawy – nie reflektuję; do niego się trzeba wczołgać jak do śpiwora i później może być niewesoło (albo właśnie wesoło, zależy od punktu odniesienia) przy wstawaniu. Zwłaszcza kiedy będzie trzeba wstać szybko – zbieranie wybitych zębów z podłogi to nie jest moje ulubione zajęcie. W dodatku są za krótkie, jak na mój gust – to już ja sobie cichutko zostanę przy staromodnych polarowych kocykach – jak się zawinąć w syreni ogon razem z psem, hę? HĘ? No właśnie, a w polarze da radę jak najbardziej.

A wczoraj przez cały dzień długi we wszystkich możliwych witrynach wyskakiwały mi zdjęcia robaka pełzającego po batonie Lewandowskiej. I to w zbliżeniu. Chociaż i tak wolę oglądać robala, niż ten cholerny śnieg.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O TYM, ŻE NIE JESTEM DŻDŻOWNICĄ

 

Znowu zarwałam noc i warto było: „Grace i Grace” – nie trafiłam wcześniej na tę powieść Atwood; ale to się przesmakowicie czyta! Troszkę w klimacie jak „Ślepy zabójca” (też uwielbiam), a trochę Tracy Chevalier, w efekcie nie można się oderwać. Jeszcze kawałeczek mi został i jedziemy z serialem. Jeśli jest w połowie tak dobry, jak książka, to znaczy że jest świetny.

„To nie będzie zima stulecia, ale ma się utrzymywać do kwietnia 2018 roku” – przywitał mnie wczoraj Onet. Wspaniała informacja, dokładnie taka jakiej potrzebowałam, kiedy wszystko jest szare, zgniłe, śmierdzi pleśnią i o trzeciej po południu już jest ciemno. A jeszcze prawie miesiąc do przesilenia! Jak żyć, ja się pytam, po ciemku jak dżdżownica? (Chociaż akurat dżdżownice są samowystarczalne i bardzo zdrowe; i chyba nie miewają depresji – ciekawe, czym by się objawiła depresja u dżdżownicy).

No więc na pocieszenie kupiłam sobie kocyk w Pepco. Mogłam się jeszcze np. upić na smutno, ale od tego ma się kaca i ryj puchnie – a umówmy się, W TYM WIEKU to już nie ma co szafować tak zwaną urodą (btw. uwielbiam te lekko starsze powieści, w których bohaterka jest „kobietą w średnim wieku, około trzydziestu lat, ze śladami dawnej urody”). Kocyk jest w reniferki i chociaż koleżanka straszyła, że są ładne ale krótkie, to znalazłam taki co ma dwa metry długości. Bo nie oszukujmy się, akurat w przypadku kocyków (nie tylko, ale pozostańmy przy kocykach) długość ma znaczenie, bo inaczej coś zmarznie – albo od góry, albo od dołu. Ledwo go położyłam na kanapie – natychmiast został anektowany przez Szczypawkę; całe popołudnie wiła sobie gniazdko i zakopywała piszczące udko. Widocznie też potrzebuje pocieszenia i nie lubi zimy, biedactwo.

Wyszło mi w teście, że moim zwierzątkiem duchowym jest sowa albo żółw. Jeśli chodzi o żółwia – całkowicie się zgadzam, ale sowa? No chyba, że ta z dowcipu o dwóch głuchych sowach na gałęzi.

 

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy

O KURZEJ ŚLEPOCIE

 

A w ogóle to chyba nie jest ze mną najlepiej: byłam w hurtowni papierniczej po koszulki na dokumenty i ręczniki i nie kupiłam sobie nic. NIC! Żadnego długopisiku, żadnych kolorowych karteczek, notesu, dziurkacza we wzorek – NIC. Postałam chwilę przed półką, na której wyłożone były paczuszki z cekinami i brokatem we wszystkich kolorach świata, ale tylko melancholia mnie ogarnęła i poszłam dalej.

W dodatku wzrok mi się pogarsza, zwłaszcza o świcie i zmierzchu – jakiś czas temu gadałam do Szczypawki wyciągniętej na dywaniku w przedpokoju, dopiero jak podeszłam ją pogłaskać, to się okazało że to crocsy starego, a pies leży zgoła gdzie indziej i patrzy się na mnie zdziwiony, jakbym była głupią. I w sumie ma rację, bo kto normalny gada z butami męża? I to jeszcze żeby były porządne, skórzane – ale crocsy? A wczoraj dla odmiany szarym świtem wydarłam się z tarasu DZIEŃ DOBRY do sąsiada z naprzeciwka. Następnie wzeszło słońce i okazało się, że domniemany sąsiad to duży, niebieski kosz na śmieci. To się nazywa kurza ślepota, prawda? Pewnie dlatego żrę kury z KFC – z zemsty.

Tak czy inaczej – boję się, że z takimi referencjami to już nawet senator Stokłosa mnie nie zakupi na mączkę do Bakutilu.

Dobra wiadomość jest taka, że niewiele już zostało do końca listopada. A zła wiadomość (związana z ww. dobrą wiadomością) – że strasznie ten czas zapierdala.

Tylko Szczypawka przyjmuje wszystko z wdziękiem i filozoficznym spokojem – o rany, jak ja jej zazdroszczę.

Biuti

 

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O ŚWIETNYCH SERIALACH I NIEŚWIETNEJ BUŁCE

 

Przez „Mindhuntera” chodzę niewyspana drugi dzień – nie jest to książka, którą łatwo odłożyć na szafeczkę przy łóżku; raczej zasysa. A najlepsze, że w ogóle nie ucierpiał na tym serial – narrator książki i bohater serialu są zupełnie, kompletnie różni. I mimo, że opowiadają o tych samych wydarzeniach – nierzadko słowo w słowo – to narracja jest tak odmienna, że to w ogóle nie przeszkadza. Ten książkowy jest miłym gadułą o dużym poczuciu humoru, ale ten serialowy mnie urzekł kompletnym brakiem ekspresji. W najlepszych i najgorszych momentach swojego życia ma taki sam wyraz twarzy – mimo że widać, że pod spodem buzują emocje; bardzo mi się podoba ten aktor. Zakończenie sezonu takie, że… I weź człowieku czekaj teraz ROK na następny! (Z tego co czytałam, ma być pięć sezonów – materiału z książki spokojnie wystarczy).

W dodatku z książki dowiedziałam się, że na liście czynników stresogennych, które mogą uruchomić mechanizm zabijania u seryjnego mordercy – takich jak rozwód, śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy – znajduje się również OKRES ŚWIĄTECZNY. Ha! Czy mnie to zdziwiło? Nie, w ogóle mnie nie zdziwiło – sama mam ochotę ruszyć w miasto z maczetą najdalej w połowie grudnia (co roku coraz wcześniej, bo cholerne sklepy coraz wcześniej rozkręcają ten cały bajzel) i wielkie to szczęście, że jestem taka leniwa. Oraz że się nie lubię brudzić i męczyć (kolejna korzyść z książki – raczej nikogo nie zamorduję, bo to ciężka robota i brudna, no chyba żeby zastrzelić z daleka, ale wówczas – gdzie tu fun).

Natomiast jeśli chodzi o „Rake”… Przypuszczam, że nie ja jedna jestem zakochana w Richardzie Roxburgh po tym serialu, ale najlepsze jest to, że nie ma w nim tematów tabu. NIE MA. A w dodatku robią to z takim wdziękiem, że przebijają nawet brytyjskie komedie romantyczne. A może tak właśnie wygląda codzienne życie w Australii – oni muszą być lekko szaleni, żeby przeżyć, w końcu maja pająki wielkości cielaków, wieczne pijane torbacze wiszące na drzewach eukaliptusa oraz kangury, które chętnie dadzą każdemu w mordę. Ze nie wspomnę o wężach. To nie jest kraj (kontynent) dla powściągliwych konserwatystów.

Wszystko pięknie, ale kupiliśmy dziś kanapki do roboty w innej kanapkowni i bułki niestety okazały się z domieszką karmy dla papug. O, jak ja nie lubię pieczywa dla papug.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

O TYM, CO DOPROWADZA MNIE DO PŁACZU

 

Jestem dziś rozbita jak waza z dynastii Ming (w końcu już jakby coraz bardziej rówieśnicami jesteśmy) z bardzo prozaicznych powodów – znowu się nie wyspałam, bo przez ostatni tydzień było tak:

- najpierw nie spałam, bo N. wyjechał i się bałam, nawet w sypialni zamkniętej na klucz (chociaż – widział kto ducha, któremu przeszkadzają zamknięte drzwi?);

- następnie nie spałam, bo koleżanki nocowały i pilnowałam budzika, żeby się nie spóźniły do roboty, choć w sumie była to noc względnie spokojna, bo z wyjątkiem niespania czułam się bezpiecznie;

- w ostatnią noc przed przyjazdem N. nie zmrużyłam oka, bo miałam potwierdzenie niezależnych świadków, że w środku nocy słychać, jak ktoś chodzi po chałupie;

- N. wrócił i miałam nadzieję na spokojna noc, po czym okazało się, że ma powrotnego jetlaga i od trzeciej rano już nie spał i go roznosiło.

No i tak oto siedzę za biurkiem i mam aparycję przecenionego po świętach patroszonego karpia trzeciej świeżości, o którego nawet w jego najlepszych chwilach nikt się nie pobił w Lidlu. A jeszcze koleżanka przysłała zdjęcie na które kliknęłam i NA CAŁY wielki monitor wyskoczyły mi zwłoki (zaawansowane) gołębia, wciśnięte w silnik samochodu. No takiego suwenira znalazła i chciała się tym z nami podzielić.

Zdarzają się i takie piątki, że tak sobie westchnę filozoficznie.

N. od rana nakupił kiełbasy myśliwskiej i marzy na głos o mielonym kotlecie. To efekt Słowianina po tygodniowym spożywaniu dań kuchni japońskiej, z rybimi embrionami na śniadanie włącznie.

Podobno śnieg ma padać od poniedziałku. Chyba będę płakać.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

O TYM, ŻE BYŁO MIŁO, ALE I TAK SIĘ BOJĘ

 

No więc N. tym razem wywiało do Japonii, a ja zostałam sama w (czarnej dupie) listopadowe noce, które trwają od czternastej do ósmej rano, o ile jest ładna pogoda, bo jak brzydka, to całą dobę jest ciemno.

Więc teraz ćwiczę niewychodzenie z domu i niewyglądanie przez okno, a on mi przysyła zdjęcia każdego posiłku i pisze, że ma jetlaga i że gejsza odprowadza na śniadanie. Żeby tylko z bezsenności od jetlaga nie spotkał w hotelowym barze Scarlett Johansson, cholera jasna.

Oczywiście całe noce nie śpię, tylko gapię się w sufit i nasłuchuję wycia wampirów, wilkołaków i innych przedstawicieli elit w naszym kraju. W związku z czym wpadły koleżanki na piżama party, żebym chociaż jednego wieczoru się upiła i nie bała i nie spała sama. I to w tygodniu, i wszystkie trzy szły następnego dnia do roboty i musiałyśmy bardzo rano wstać*!… Wzruszyłam się (coś łagodna się robię na stare lata).

Przyszły obładowane żarciem (frytki!) i od razu na wejściu chciały mnie wysmarować czarną maseczką z węglem, bo podobno hit. Musiałam bardzo szybko polać wina, żeby mnie jednak nie smarowały. Później robiły jelonki („No weź tu się przysuń bliżej, nie, nie łapie cię, może po prostu już za stara jesteś na jelonka” – w końcu mnie złapało i jelonek wyszedł, a ja się przestałam dziwić tym wszystkim pięknym i zupełnie niepodobnym do siebie paniom na selfie, bo nigdy nie wiedziałam, jak one to robią; no to się dowiedziałam).

A dziś rano wszystkie trzy powiedziały, że obudziły się o czwartej i wydawało im się, że KTOŚ CHODZI po domu. Fantastycznie. Nie wiem jak sama prześpię następną noc, natomiast NA PEWNO WIEM, że N. nigdzie już nie pojedzie, dopóki nie wynajmie mi kawalerki i to w bloku pełnym głośnej patologii – żeby sąsiedzi z dołu, z góry i z boku imprezowali i kłócili się całą noc, żeby nawet na moment nie zaległa cisza. Bo inaczej się WYKOŃCZĘ – o, jak mi serce łomocze.

 

* I wyjechać tyłem z posesji, co okazuje się jest gorszym koszmarem, niż duch spacerujący po chałupie o czwartej rano.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy