O NAJWAŻNIEJSZYM

Najważniejsze, że ogrzewanie naprawione i z powrotem można się realizować pod kocykiem i nie grozi hipertermia.

Hyg

 

N. wrócił i od razu przyśniło mi się, że musiałam pozbyć się zwłok, więc pokroiłam trupa na plastry, takie większe kotlety, których się zgrabnie pozbyłam, wrzucając do różnych śmietników i worków na śmieci. Tylko cały czas dręczył mnie niepokój, co zrobić z głową, która leży w zamrażarce. Od dwóch dni boję się zajrzeć do zamrażarki.

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O UPARTYM FACECIE I CERAMICE W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

 

Dostałam SMS-a od Renault. Mniej się kiedyś zdziwiłam, jak dostałam SMS od wróżbity Macieja (no bo w końcu jest WRÓŻBITĄ, więc mógł mój numer po prostu wywróżyć ze szklanej kuli). Co do Renault, to mamy taki żarcik, że nie kupuje się samochodów na „f”, czyli fordów, fiatów i francuskich (chociaż fiaciki są prześliczne, moim zdaniem, no ale ja się NIE ZNAM). Z dodatkowych powodów, dla których nie spotkamy się z renault w najbliższy weekend w najbliższym salonie mam jeszcze taki, że W OGÓLE NIE ZAMIERZAM nigdzie w taką pogodę wychodzić!

Czytam wieczorami biografię George’a Lucasa. Wzięłam się za nią głównie dlatego, że N. śmignął w kilkudniową delegację, CFANIAK, a ja wtedy muszę czytać BEZPIECZNE książki (bo inaczej nie mogę zasnąć i mam koszmary). Takie bez trupów, zjawisk nadprzyrodzonych i Beaty Pawlikowskiej. Biografia jest fantastyczna, bo w ogóle nie o tym, kto z kim spał (może dlatego, że Lucas w ogóle niewiele spał), za to mnóstwo technicznych detali, szczegółów i kłótni z szefami wytwórni filmowych (szefami w wytwórniach filmowych zostają ludzie, którzy nienawidzą kina i kompletnie się na nim nie znają – u nas podobno przyjął się ten sam trend). Najbardziej spodobało mi się określenie Lucasa jako „mózg w słoiku” i to, że deprymował aktorów, bo w ogóle nic nie mówił. To znaczy czasem mówił, że źle. I jego ciągła, fanatyczna obsesja dopilnowania każdego detalu – na planie Gwiezdnych Wojen nadzorował nawet holograficzne potwory, skaczące na szachownicy w Sokole Milenium. Niesamowity upór w dążeniu do realizacji wizji artystycznej – ma być tak jak ja chcę, albo wcale.

Bardzo ciekawa opowieść o niedużym facecie w kraciastej koszuli, który swoim oślim uporem zmienił kino, a następnie cały świat. A nawet stworzył Wszechświat równoległy (trochę przykurzony, bo zawsze mu się podobała trochę zużyta, przykurzona i poplamiona olejem rzeczywistość). Chyba nie muszę wspominać, że go kocham.

A N. niech już wracam, bo mam „Młyn do mumii”, czeski tak zwany gastro thriller, i chciałabym już się do niego dorwać.

Podobno jest teraz taki trend, że się wsiada do metra i do tramwaju i w ogóle WSZĘDZIE (najlepiej, żeby było dużo ludzi) z ceramicznymi kubkami z uchem i z kawą. A nawet można wyciągnąć z torby ceramiczną miskę i jeść z niej śniadanie. Koniecznie w komunikacji publicznej!

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

O MOIM PIERWSZYM MĘŻU I NIESTETY, PIECU

 

Śniło mi się, że dawno temu, pod koniec studiów, miałam męża. Miłego obcego pana, którego czasem widywałam na ulicy i grzecznie się sobie kłanialiśmy. Sen był przerażający, bo ja bardzo bym nie chciała wracać do wtedy (a przyśniło mi się tak bardzo realistycznie, włącznie z ubraniami i butami, które wtedy nosiłam, na masakrycznych obcasach – jedyna różnica to ten mąż). Obudziłam się wystraszona i z trzepotem serca (a może ja faktycznie MIAŁAM MĘŻA, tylko zapomniałam, bo ostatnio strasznie zapominam? Matko Boska), a na pociechę od OBECNEGO męża nie mam co liczyć, bo skomentował moje wyznania jak zwykle, czyli „No widzisz, jaki ty jesteś psychol”. A ja nic nie widzę (a właśnie, a propos widzę – soczewki muszę zamówić).

W dodatku mamy styczniowy bunt maszyn: nie dość, że BABA wjechała w bok samochodu na parkingu, to piec postanowił nas usmażyć. Mówiłam, że KAŻDY JEDEN PIEC TO ZWYRODNIAŁY SADYSTA I PSYCHOPATA. Podłoga parzy w stopy, a na dole nie ma czym oddychać – skoro nawet JA, która uwielbiam ciepełko i upał, czuję się jak zmięty i zdeptany flak w tej temperaturze, to naprawdę już jest bardzo niedobrze (a już nawet nie wspomnę o spodziewanym rachunku za gaz). Moje hygge jest mocno nadszarpnięte, no bo jak tu hygge, jak się nie można przykryć kocem, bo grozi udar cieplny? A ja niestety nie z tych, co chodzą po domu w seksualnych koronkowych peniuarach, bo nie wyobrażam sobie relaksu w poliestrowych koronkach. Tylko wyciągnięte dresy zapewniają odpowiedni komfort. Może wodą się zacznę polewać, cholera jasna. Okien nie ma co otwierać, bo niestety cudowne zimowe powietrze śmierdzi wszystkim, co okoliczni mieszkańcy uznali za stosowne wrzucić do pieca, a mają w tym zakresie sporą fantazję, po zapachu sądząc.

Naprawdę, poproszę o jakąś tabletkę, żeby do końca marca zapaść w śpiączkę (w dodatku w śpiączce się chudnie – no i niby zanikają mięśnie, ale ja przecież żadnych mięśni nie mam, to co mi ma zaniknąć).

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

O PORCELANIE I GRYPIE

 

A bo w ogóle zapomniałam (bo ja ostatnio mam straszną sklerozę, zapominam po co weszłam do pokoju, chociaż i tak najczęściej PO NIC ważnego, oczywiście), że w „Juliecie” chwyciła mnie za serce kolekcja Sargadelos, galicyjskiej porcelany w celtyckie wzory, bardzo charakterystycznej. W domu nad morzem Julieta ma cały regał Sargadelos, widać go dokładnie w kilku scenach, od podłogi do sufitu. Bardzo jej zazdroszczę, bo piękne wzornictwo ma ta porcelana.

Nasza kolekcja nie jest aż tak imponująca, jak Juliety, ale pracujemy nad tym.

Sar1

 

Sar2

 

Sar3

Ten cholerny mróz przyszedł z jakimś takim wyżem czy innym chujwiczym, że od dwóch dni pęka mi łeb. Nawet się zastanawiałam, czy aby nie złapałam grypy, ale gdzie – na cmentarzu? (Chociaż wirusy grypy hiszpanki owszem, przetrwały w zwłokach ofiar). I wcale nie ma zamiaru się ocieplić! Naprawdę zwariuję.

 

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O POŻYCIU GOŁĘBI I JULIECIE

Aj HEJT ju, zimo. Komu przeszkadzało te trochę błotka? Śniegu mamy aktualnie jamnikowi do połowy burty i jamnik nie jest z tego powodu szczęśliwy. Wraca i patrząc z wyrzutem podaje mi do wytarcia łapy z poprzyklejanymi śniegowymi pacynami. (Wiem, wiem, i tak mamy lepiej, niż na Wybrzeżu, widziałam zdjęcia ulic z wodą po kolana).

A w karmniku przesiaduje nasze miejscowe gołębie menage a trois. Od kilku lat rezyduje u nas gołębie trio – te takie szare, z obróżką na szyi; latem grzmocą się (we trzy) na gałęzi akurat NA WPROST mojego ulubionego miejsca na kanapie – chyba na dodatek lubią być oglądane. A zimą zgodnie pasą się w karmniku, aż mnie to wzrusza – po prostu jak u Woody Allena w „Whatever works”. No taki mamy w naszym lesie klimat. Na gołębie trójkąciki. A ja w dodatku je wypasam (sprawdzić, czy nie podpada pod stręczycielstwo).

Obejrzałam wczoraj „Julietę” Almodovara; bardzo miłe dla oka, nastrojowe oglądadło, chociaż czegoś mi zabrakło. Jakiegoś pogłębienia relacji bohaterek – np. kilka więcej scen z Rosy de Palma, takiego babskiego kuchennego szurania garami i rozmów, byłoby cudownie. W dodatku chwilami ciężko było mi się skupić, bo jak nie ulice Madrytu, to Galicja – i normalnie aż mnie coś szarpało w środku z tęsknoty. Absolutnie wspaniała scena przemiany młodej bohaterki w starszą bohaterkę – czapki z głów. Ładny film, ale bardzo melancholijny, brakuje mu energii poprzednich Almodovarów – np. w „Kwiecie mojego sekretu” bohaterka też cierpi, ale cały ekran aż wibruje, a tu – nic.

W dodatku śniło mi się, że jem kapuśniak. Kapuśniak!…

PS. Aha, i od wczoraj mam krezkę. Wszyscy mamy krezkę. Jeszcze nie wiem, jak się na to zapatruję (acz obstawiam pojawienie się wielu nowych chorób krezki oraz masy suplementów, wspierających profilaktykę oraz rekonwalescencję krezki).

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

O TYM, ŻE PRZEPRASZAM ŻE NIE ŻYCZYŁAM, ALE BYŁA AWARIA

Wczoraj blog się zepsuł i nie mogłam zamieścić życzeń, chociaż w sumie nie były to życzenia, tylko długa i wyczerpująca informacja na temat tego, co myślę o smutnych ziutkach z petardami oraz innych, napierdzielających przez godzinę fajerwerkami. Nie rozumiem ludzi produkujących hałas dla rozrywki – kulturalnemu człowiekowi wystarczy pyknięcie korka od szampana. Podsumowując:

KTO STRZELA W SYLWESTRA, TEN SMUTNY FRĘDZEL.

(Szczypawka się nie boi, ten mały zadzior się niczego nie boi, ale nie lubimy i już).

Nieco mnie również ożywił ten sylwestrowy makijaż, co jedna pani pokazała w telewizji i  teraz krąży w internetach, coś a la Małgorzata Ostrowska w „Podróżach Pana Kleksa” – bardzo piękny i pasujący do minionego roku.

U nas impreza bardzo się udała, zwłaszcza że zrobiłam pyszny kisz, a N. stłukł po 22.00 butelkę wina i poszło PO CAŁEJ PODŁODZE na dole, więc najgorętsze momenty sylwestrowego szaleństwa spędziliśmy zbierając zielone szklane drzazgi w papierowe ręczniki. O północy dwanaście winogronek i spać. Uff, jakoś poszło.

Aha, jeszcze w temacie przedsylwestrowych niusów: Czytałam jakoś niedawno fascynujący artykuł o ciałach leżących na Mount Everest; dość przerażające, ale niektóre są już używane jako drogowskazy albo pikietaż trasy, zwłaszcza jeden w zielonych butach (zainteresowanym polecam hasło „Green Boots”). Tak mi się to luźno skojarzyło z doniesieniami o dzielnych turystach stawiających czoła przeciwnościom losu, co nie mogli przedwczoraj wrócić znad Morskiego Oka (asfaltową drogą, szerszą niż ta przed moim domem), gdyż proszę sobie wyobrazić, o 16.30 w grudniu w Tatrach ZAPADŁ ZMROK! (Nie wiem, dlaczego nagle ludzkość postanowiła zgłupieć na potęgę). Pewnie by im się nic nie stało, gdyby tam zostali przez noc, ale gdyby… Mogłyby się w przewodnikach pojawić nowe znaki nawigacyjne: „Minąć zamarzniętego debila w klapkach i w lewo”.

I tym optymistycznym akcentem rozpocząwszy nowy rok kalendarzowy, idę sobie usmażyć jajko.

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy

O IDEOLOGII LEŻENIA POD KOCEM I ZAMIESZKACH

 

Chyba życzenia się spełniły, co prawda nic mi się nie ulało, ale od dwóch dni mogę oddychać tylko płytko, a nachylenie się nad brodzikiem, żeby umyć włosy, było nie lada wyzwaniem. Słabo się zginam. Na prezenty też nie mogę narzekać, oto próbka.

IMG_0487

Poza żarciem, uprawiałam hygge. To znaczy, ja uprawiałam to co zwykle – Opierdalanie Pod Kocykiem (OPK) – to, co uprawiam od wielu lat, w czym jestem niekwestionowanym olimpijskim mistrzem świata (to znaczy – BYŁABYM – gdyby mi się chciało startować), tymczasem wyszedł bestseller, że to się nazywa hygge i jest aktualnie bardzo modne. I teraz już nikt nie mówi, że się opierdala na kanapie, tylko wszyscy hygge. Ja tam jestem przywiązana do terminologii słowiańskiej, więc nadal będę się po prostu opierdalać. Pod kocykiem. Z herbatką (ale nie za dużo herbatki, bo trzeba wtedy biegać siusiu, wygrzebywać się spod koca, zagrzebywać z powrotem… po prostu potrzebny jest mistrzowski punkt równowagi, jak we wszystkim).

Natomiast wczoraj szwagier się mnie pyta, czy słyszałam o rozruchach w Świnoujściu. Pasztecik z kapustką mi w gardle stanął, gdyż nie słyszałam i się zdenerwowałam, że jeszcze mi spalą chałupę albo co. A ta zmora (nadal mowa o szwagrze) relacjonuje mi jakąś awanturę o pierogi – kobitka otworzyła sklep z wyrabianymi na miejscu pierogami, krokietami i takie tam, ale z braku doświadczenia przeceniła siły i nabrała zamówień na święta więcej, niż była w stanie ulepić. Podobno przed sklepem odbyła się regularna Bitwa pod Grunwaldem w odcinkach.

Ale szwagrowi kiedyś, jak to się mówi elegancko w towarzystwie, łeb urwę i Hamleta zagram za takie ŻARCIKI.

Ten wiatr to kiedy przejdzie? Bo chodzę jak pijana. Może właśnie powinnam się napić, żeby odzyskać równowagę, ha!

 

Opublikowano Bez kategorii | 24 komentarzy

O, CZAS NA ŻYCZENIA

 

Ponieważ albowiem nastał czas składania świątecznych życzeń (i ostatecznego dopieszczania śledziowych sałatek), to w tym roku podeprę się absolutnie zachwycającym cytatem z „Psich Sucharków”:

„Obeżryjmy się aż się nam będzie ulewało!”

A nasze Mikołaje niech dostaną przepukliny!

(I uprzedzam, że zdecydowałam się na recykling torebek prezentowych, więc jeśli ktoś pozna swoją torebkę prezentową z zeszłego roku, to się powinien cieszyć, że ma taką dobrą pamięć.)

Szczypawka mówi, że to są bardzo dobre życzenia i ona już może zacząć świętowanie (bo zawsze jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy).

To jak w tym roku – barszczyk czy grzybowa? U nas grzybowa (i kapelusze grzybów z zupy w panierce – mniam).

Opublikowano Bez kategorii | 13 komentarzy

O TAKSÓWKARZU (?)

 

Wczoraj jechałam z taksówkarzem, który NIC NIE MÓWIŁ. Ani słowa, przez całą drogę. Pierwszy raz w życiu mi się coś takiego zdarzyło.

Atmosfera w taksówce panowała nader dziwna, bo żeby chociaż radia słuchał, no to rozumiem: nic nie mówi, bo słucha radia. Ale radio było wyłączone. Nawet do innych kierowców nic nie mówił („Jak jedziesz, ty chuju baranie, kto ci dał prawo jazdy”), co się taksówkarzom NIE ZDARZA. Tak w połowie drogi zaczęłam się nerwowo wiercić, a nawet zagadałam pierwsza (JA! Zagadałam pierwsza! Więc chyba widać, że sytuacja była naprawdę dziwna i groźna) – „A na tym rondzie to zawsze jest taki korek, prawda?” – NIC. Nic! Jak w studnię! A jak zapytałam przy wysiadaniu „To ile wyszło?” – to bez słowa przekręcił taksometr w moją stronę.

W dodatku jak już się tak zdenerwowałam i zaczęłam rozglądać po tej taksówce, to się okazało, że wszędzie, we wszystkich kieszeniach i zagłębieniach, leżą KASZTANY.

Oczywiście uważam, że był to seryjny morderca (któremu się jednakowoż nie spodobałam), albo handlarz żywym towarem (któremu się nie spodobałam, bo na żywy towar jestem już za stara). Istnieje także możliwość, że wiózł mnie jakiś eksperyment Elona Muska, a nie żywy kierowca. W każdym razie było dość traumatycznie – polecam to wszystkim, którzy narzekają na gadatliwych taksówkarzy. Naprawdę, lepszy gaduła, niż taka ENIGMA za kierownicą.

A dziś? Dziś rano zużyłam dwie warstwy przylepnej rolki, żeby doprowadzić czarne dżinsy do stanu mniej więcej pozwalającego na wyjście do roboty. Ale i tak kocham mojego pieska bardzo.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O EUTANAZJI

 

A jeszcze wczoraj toczyłam z N. uroczą dyskusję na wiele tematów jednocześnie, z naciskiem na lokalną sytuację polityczną, z tym że z mojej strony padało głównie stwierdzenie mania w dupie.

- Sporo masz w tej dupie – stwierdził w pewnym momencie N. z podziwem.

Wytłumaczyłam mu, że zgodnie z jedną z teorii Wszechświatów równoległych, nowe Wszechświaty mogą powstawać w każdej chwili, w dodatku bardzo malutkie. Nie jest zatem wykluczone, a nawet bardzo prawdopodobnie, że jeden z nich powstał akurat w mojej dupie. Co oznaczałoby, że mam w dupie cały Wszechświat! HANDLUJ Z TYM – jak mawiają Psie Sucharki.

I uważam, że wcale temu Wszechświatowi to by na złe nie wyszło – przynajmniej ma ciepło i jest zaopiekowany.

Tu na zewnątrz bywa gorzej. Cały 2016 jest jakiś podły i ma krzywy ryj, a grudzień to już jakaś ciężka anomalia. Eutanazujmy go już, niech się tak nie męczy (i nas przy okazji)!

Opublikowano Bez kategorii | 16 komentarzy