O TYM, ŻE CIUT SIĘ POPSUŁAM

 

Niewykluczone, że dzisiejszy wpis jest pożegnalnym, albowiem zjadłam wczoraj kurzy sznycel, który chce mnie wykończyć gastrycznie i jak na razie idzie mu całkiem nieźle. Cała noc miałam bóle i wizje i ogólnie jest mi tak sobie.

W ogóle… KTO TO WYMYSLIŁ, po co człowiekowi tyle flaków w środku i każdy może go rozboleć, co jest bez sensu. Ameba się o wiele lepiej ustawiła.

Obrzygam śledzie na biurowej Wigilii czy nie?… Można przyjmować zakłady.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O REFLEKSIE I BANANACH

 

Widzicie, co się z człowiekiem dzieje od tego wstawania wpół do szóstej rano?… Całkowicie się traci czujność i refleks! Dobrze, że mnie ustawiłyście do pionu (a twierdzą w internetach, że KOBIETA KOBIECIE LUPUSEM – a tu proszę). Czyli jednak miałam zdrowy odruch z tym spontanicznym okrzykiem i teraz N. nie ma wyjścia i torebeczka musi powędrować do mnie. A prezent dla kochanki – już ja się postaram, żeby nie miał czasu na biżuterię, najdalej dostanie przepustkę do elektrycznego. Flądra może w tym roku liczyć najwyżej na bezpieczniki.

(Alan Rickman nie bzyknął czarnej flądry. Zadzwoniłam do niego i zapytałam. Śmiał się i mówi, że dał jej naszyjnik w biurze i ona bardzo prosiła, żeby wpadł wieczorkiem w Wigilię, ale nie skorzystał).

Pomogłam wczoraj Zebrze wytaszczyć choinkę w donicy z samochodu. Szczypawka też ze mną poszła i, jak to Szczypawka, od razu zabrała się za przedświąteczne porządki z kotami w roli głównej. Efekty: jeden podrapany pies, jeden pogryziony kot i CUDEM nie ściągnięty karnisz (dopadła Janusza w kącie przy szklanych drzwiach). W sumie to ja jej nawet zazdroszczę tej spontaniczności – chciałabym się umieć rzucać na tych, których nie znoszę, z takim niewymuszonym entuzjazmem z zębami i pazurami… A nie się uśmiechać na siłę i owijać gówno w papierek. Ale Zebra nie była zachwycona (no i chyba Janusz też nie za bardzo). Dobra, muszę Szczypę trochę utemperować, bo zaczynam jak ta mamuśka z piekła rodem, co to jej synuś demoluje mieszkanie znajomych, a ona siedzi uśmiechnięta i zachwycona i twierdzi „ALE ON JEST TAKI ŻYWY!”.

Klient Biedronki znalazł w bananach z Kolumbii egzotycznego pająka wielkości dłoni. „W kartonie z owocami był też kokon z wieloma małymi pajączkami”. Są do adopcji?… (Nie dotknę więcej bananów!…).

Opublikowano Bez kategorii | 16 komentarzy

O NIESPODZIANCE I POLEWIE

 

(Zresztą, czepianie się scenariusza w Niezniszczalnych to tak, jakbym miała pretensje, że w pornosie drugoplanowa postać jest niezbyt wiarygodnie nakreślona i nie rozumiem jej motywacji. Przepraszam, już nie będę, tu nie chodzi o scenariusz, tu chodzi zwyczajnie po ludzku o napierdalanie).

Zaliczyliśmy Mordor. Udało się, łącznie z prezentami dla Szczypawki – w sklepie zoologicznym jeden królik siedział w małej skrzyneczce z napisem ZAREZERWOWANE i kichał. Ktoś sobie wymarzył na Gwiazdkę kichającego królika. A ja popełniłam FA PO (że pozwolę sobie zacytować z komentarzy, bo bardzo mi się to spodobało).

Przy wyjściu zaczęłam grzebać w torbie ze swetrami, którą niósł N., bo wrzuciłam tam jeszcze paczuszkę z drobiazgiem i bałam się, że zostanie pognieciona A TAM – co widzę! Torebkę zdecydowanie o charakterze biżuteryjnym! Której kupowania nie byłam świadoma! I jeszcze się głupia zapytałam na głos – O, A CO TO JEST? – zamiast się zorientować w sytuacji i wsadzić mordę w kubeł.

N. się lekko zdenerwował; nie dość, że wziął sobie do serca mój komentarz rzucony mimochodem znad duszenia wołowiny, że JAK ZWYKLE nie będę miała żadnej niespodzianki, bo prezenty sobie sama kupiłam. Nie dość, że mi się urwał (JAK? KIEDY?) i udało mu się W TAJEMNICY kupić, to ja to oczywiście natychmiast znalazłam i dupa mokra. A ja zawsze znajduję wszystko, co on próbuje przede mną schować. Nawet nie szukam, a znajduję – np. nagle zaglądam do szuflady, do której nie zaglądałam od trzech lat – a tam zakitrane przede mną cygara! N. nie rozumie, że jak się kogoś bardzo dobrze zna, to nie trzeba być mentalistą, żeby zauważyć kiedy się idiotycznie zachowuje i próbuje coś ukryć.

Raz mu się udało – kupił W TAJEMNICY kolumny audio, wysokie na jakiś metr dziesięć i nie miał pomysłu, gdzie je przede mną schować, więc je postawił w salonie. Nie zorientowałam się przez parę miesięcy, bo po prostu nie zwracam uwagi na takie rzeczy.

No ale przecież nie zajrzałam do tej paczuszki, więc będę miała NIESPODZIANKĘ. Mam tylko nadzieję, że to nie są kolczyki – nasi znajomi w Hiszpanii ciągle mnie obdarowują kolczykami, bo tam jest OCZYWISTE, że kobieta ma przekłute uszy. Dziewczynkom się przekłuwa uszy chyba w momencie przecięcia pępowiny, bo widziałam takie maleństwa w wózeczkach, śpioszki i złote kolczyki. Otóż ja nie mam przekłutych uszu. I nie, przy całej miłości dla N. nie chcę być ganiana po chałupie z pistoletem na gwoździe. Albo młotkiem i przebijakiem, żeby zaradzić tej sytuacji. (Albo jak w „Dziewczynie z perłą”, brrr).

Tak czy inaczej, nasłuchałam się wczoraj za wszystkie czasy (o moich długich rękach i wsadzaniu ich tam, gdzie nie potrzeba). Najważniejsze jednakowoż, że Mordor odhaczony. Można przejść od części logistycznej do kulinarnej.

Kto ma dobry przepis na polewę czekoladową, taką old-fashioned, gotowaną w rondelku, z kakao? (Żadne tam rozpuszczane czekolady, to nie ten smak).

 

PS. Bo zapomniałam – uwielbiam, uwielbiam tę pogodę! Mogłoby się co prawda chociaż na godzinę dziennie robić jasno, ale nie przesadzajmy z wymaganiami. Jeśli śnieg jest w nagrodę dla grzecznych obywateli, to ja się podejmuję w czynie społecznym być BARDZO BARDZO NIEGRZECZNA do lutego. Czuwaj!

Opublikowano Bez kategorii | 34 komentarzy

O NIEZNISZCZALNYCH I OBOWIĄZKACH TOWARZYSKICH

 

N. wczoraj oglądał „Niezniszczalnych 3″ i to całkiem na trzeźwo! Tylko kilka razy błagał, żebym mu czegoś nalała – wódki, wina, obojętnie. Zwłaszcza w momentach, kiedy Dolph Lungren pociągał z manierki.

Bardzo przyjemny film (subwoofer tylko bym ściszyła, bo szklanki dzwoniły i jelita mi wibrowały), zabrakło mi jedynie kilku partii śpiewanych oraz wielkiej sceny zbiorowego kankana na zakończenie. Antonio Banderas zagrał Kota w Butach oraz jedna masywna blondynka zagrała mistrzynię walki wręcz, co znacząco odróżnia tę część od poprzednich, w których nie było masywnej blondynki. No i Han Solo… I tak go kocham. (Han Solo, Rambo, Rocky, Drago i Terminator, jeśli już mamy być precyzyjni).

(A propos Han Solo – czy ja już wspominałam, że mamy sąsiadkę, która wygląda jak Yoda? Z tyłu nie do odróżnienia, z przodu widać, że jednak nie Yoda, bo nie jest zielona).

Dzień taki, że poszłabym spać (tak gdzieś do marca), a tu wieczorem trzeba uczesać kołtun i udać się na przyjęcie – znajomy wraca do domu do Hiszpanii i mówi, że żałuje. Bo bardzo mu się Polska spodobała, a dzieciom i teściowej to już w ogóle. A mieszka w Madrycie!… Miło to słyszeć, ale chyba za mało naszych zim przeżył (niecałe dwie), żeby do końca wiedzieć, co mówi.

Drugi sezon „The Fall” nie wiem, czy nie lepszy, niż pierwszy.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

O TYM, CO MYŚLĘ O GRUDNIU

 

Szczypawka ma spuchniętą dolną powiekę. Biedna psina wygląda, jakby z kimś zadarła na dzielni (z gangiem młodocianych, rozwydrzonych Hell Bitches w czarnych skórzanych obrożach z ćwiekami). Nie wiem, od czego – może od rycia w ziemi, może się na coś nadziała, a może kocisko ją drapnęło – diabli wią. Przemywam rumiankiem i martwię się o tego małego, upartego, nieustraszonego czorta.

Teściowie moi nareszcie podjęli decyzję, co chcą na Gwiazdkę: Sweterki!… Wspaniale po prostu, bo to oznacza, że JEDNAK ZNOWU czeka nas wycieczka do Mordoru. A miałam już cichutką, malutką nadziejeczkę, że nie. W zeszłym tygodniu, kiedy się tam wyprawiłam po odzieżowe podarunki, było jeszcze dość spokojnie i pustawo. Widocznie świątecznozakupowe orki dopiero się hodowały. Ale już się wykluwają, już z dnia na dzień przybywa samochodów na parkingach, już nie ma co liczyć na spokojny spacerek po sklepach. UGH.

Do mojej (ciągle jeszcze, bo pilnuję!) czystej, posprzątanej lodówki, gdzie nawet sery udało się spacyfikować i pozamykać w pudełkach, mój niezawodny mąż wrzucił torebeczkę kiszonych ogóreczków na półeczkę jedynie w foliowej torebuni. Super, naprawdę świetnie, teraz nawet ketchup i zafoliowany twaróg śmierdzą kiszonym ogórkiem.

A na dodatek od północy nadciąga huragan Aleksandra! Podobno dziś już rozrabia w Trójmieście.

GRUDZIEŃ SRUDZIEŃ – że tak sobie pozwolę podsumować całokształt.

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O TYM, ŻE DZIŚ…

 

…a dziś dla odmiany pęka mi łeb, ale to jest  miłe pękanie, gdyż albowiem wczoraj jak wzięłam do ręki „Zaginioną dziewczynę”, to normalnie TAK mnie wessało, że musiałam przeczytać całą. Ostatnie rozdziały to już prawie po omacku, bo dostałam widzenia tunelowego. Ale musiałam skończyć. MUSIAŁAM.

Hanka mówi, że film też niezły, tylko za cholerę nie pasuje do książki. (Ben Affleck?… Litości!…).

A ja mówię, że N. ma szczęście, że ożenił się z leniwą psychopatką. Bo pracowite psychopatki nieźle potrafią nawywijać (nie, żeby się draniowi nie należało).

Dla równowagi w przyrodzie w biurze nie ma wody. I co pan nam zrobi (pani również).

 

PS. Tak, wiem – MAM REFLEKS – wszyscy już dawno przeczytali. I obejrzeli. No trudno, jak się jest leniwym psychopatą, to się tak ma.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 11 komentarzy

O TYM, ŻE JESZCZE NIE WIEM, JAK SIĘ DZIŚ MAM

 

Jakaś taka dziś jestem niezdecydowana w kwestii nastroju, nie wiem, czy bardziej mam się ochotę rozpłakać, czy komuś w gębę dać, no nie wiem, jeszcze się zastanawiam. Jedno jest pewne – wstawania o piątej rano nie pokocham (chyba, że na samolot na wakacje). Jak trzeba, to trzeba, ale dzień później taki psu z gardła lub innych czeluści.

W dodatku wczoraj nader ciężki wieczór, gdyż zaliczyliśmy imieniny teściowej, a w rodzinie N. jest taki zwyczaj, że na przyjęciach podaje się DWA OBIADY, z półgodzinną przerwą. DWA. OBIADY. Jeden po drugim. Jak wesele, tylko w wersji kompakt. Zawsze wracam jak maciora na dzień przed szczęśliwym powiciem piętnaściorga prosiątek i wczoraj nie inaczej. Od tego przeżarcia miałam barokowe, fabularne sny w technikolorze, ale po obudzeniu pamiętam tylko, jak się kłóciłam z moją koleżanką z klasy z liceum, w dodatku nawet nie wiem o co. Wiem, że w autobusie.

A ogon nie wyszedł taki, jak w Galicji – trzeba go sakramencko długo piec – acz Szczypawce bardzo smakował.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

O WRAŻENIACH Z KRYMINAŁU I OGONIE

 

Prawie do końca tego „Gniewu” miałam wrażenie, że się obroni jako samodzielna książka, a nie tylko końcówka cyklu, ale z tym zakończeniem to niestety. Nie zmienia to faktu, że miło było poznać pana Autora i sięgnę po więcej. No i do końca miałam nadzieję, że morduje ta wyzwolona narzeczona, którą miałam ochotę rozpuścić za każdym razem, jak się pojawiała na kartkach. Latanie nago po mieszkaniu?… W naszym klimacie, zimą?… I to nie w jakiejś kawalerce na ostatnim piętrze w bloku, tylko w mieszkaniu w przedwojennej willi?… TO jest dopiero ciężka psychopatka, a nie tam, że ktoś kogoś udusił. Kto nie ma ochoty udusić bliźniego swego siedem razy dziennie, ręka do góry.

Rozumiem, że Autor i bohater – pan prokurator byli już sobą potężnie zmęczeni i stąd takie zakończenie, ale Agatha nigdy tego nie zrobiła Herkulesowi.

A teraz czeka mnie rozrywka na sobotę pt. „ogon”. Ponieważ dostałam od N. na Mikołajki ogon. Wołowy. Jednak trochę inaczej wyglądał, niż te w Hiszpanii – tam są eleganckie plasterki na tackach, a N. sprzedali na targu po prostu mięsnego chwosta (dobrze, że bez skóry); no i mam wrażenie, że tam dookoła gnata jest więcej mięska. N. twierdzi, że to dlatego, że nasze krowy się częściej oganiają od much, a w Hiszpanii nie ma tylu much i ogony im wiszą i tyją. Tak czy siak – mam ogon, oczekuję propozycji. Chociaż nie, nie oczekuję, już ja go tu rozpracuję po swojemu, w piecyku jak Rozalkę.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

O ZŁOŚLIWOŚCIACH PRODUCENTÓW ODZIEŻY

 

Wypuściłam się wczoraj na zakupy prezentów niewirtualnie, a mój mąż sobie buszował w Juli. To jest, też szukał prezentów gwiazdkowych. W Juli. Jakoś znowu mam wrażenie, że podczas gdy ja latam jak kot z wywieszonym pęcherzem, to on się świetnie bawi, ale taki już jest świat.

Szło mi tak sobie, bo wizytę w każdym sklepie zaczynałam od działu flanelowych piżam, do których się przytulałam, aż mnie jeden ochroniarz zaczął obserwować dość wnikliwie („Baza, tu się jedna od kwadransa owija we flanelowe gacie, czekam na instrukcje, over”). Na dodatek okazało się, że złośliwi producenci odzieży dziecięcej stosują raz wiek, raz wzrost, a raz nie wiadomo co i się pogubiłam. Akurat ładne sukieneczki były na wzrost, więc wyliczyłam wzrost metodą ekstrapolacji, zakładając przyrost roczny i zaczynając obliczenia od mojej siostrzenicy. Okazało się, że kupiliśmy kieckę dwa razy za dużą, bo może być tak, że dzieci nie mają tyle samo wzrostu w danym wieku (bez sensu). I tak się przekonałam empirycznie, że moja siostrzenica jest wysoka jak na swój wiek, pierwsza w naszej rodzinie, gdzie kobiety były zwykle kurdupla… znaczy, DROBNE I NIEWYSOKIE, chciałam napisać. Jeszcze tylko brakuje, żeby wyrosła z niej wysoka sportsmenka – świata koniec, powiadam Państwu!…

Moda damska mnie niestety nie porwała, w szczególności sukienki w takim fasonie, że nawet jak wiszą na sklepowych manekinach, to tym manekinom odznacza się brzuch. MANEKINOM. To ja nie wiem, jak to ma wyglądać na LUDZKIEJ istocie. Zapewne przepięknie – jak baleron w siatce, coś a la Sophie w „Dwóch spłukanych dziewczynach”. Jak w tym można chodzić i nie zwariować? Przecież to musi uwierać, ograniczać ruchy i ja bym się wściekła po minucie. To już wolę zwisające wszędzie oversize, chociaż tak naprawdę to chciałabym kilka sukienek z planu „Mad Men”. Właściwie to prawie wszystkie (oprócz kiecek Christiny Hendricks, bo ona też się lubuje w „do figury”, chociaż figurę to akurat ma – dwieście procent kobiety).

I mam takie spostrzeżenie, że najsmaczniejsze, najsłodsze mandarynki to są te, które mają największy cellulit na skórce. W związku z tym, kobiety z cellulitem też muszą być najfajniejsze i najmilsze, prawda?

Opublikowano Bez kategorii | 13 komentarzy

O TYM, ŻE ZMARZŁAM I MAM DOSYĆ!!!!!!

 

Jak okropnie wczoraj zmarzłam na pogrzebie

(oczywiście, że na pogrzebie, bo przecież zaczął się grudzień, a jak grudzień, to pogrzeb – od ładnych kilku lat taka świecka tradycja w mojej rodzinie – i ja mam lubić koniec roku! Albo przed świętami, albo po jakiś dramat!)

… najpierw w kościele – przez godzinę kostniałam i zastanawiałam się, jaki to ma cel duchowy – przemrozić wiernych. Zziębnięty wierny szybciej dostąpi zbawienia?… Bo chyba nie chodzi o to, że ksiądz, który zainkasował tysiąc czterysta złotych za mszę za zmarłego (to znaczy, tysiąc czterysta to ja płaciłam ładnych parę lat temu, może teraz jest więcej), nie raczy uruchomić ogrzewania kiedy na zewnątrz minus osiem, prawda? I ogrzewa sobie kościół parafianami. Na cmentarzu miałam już zmarznięte WSZYSTKO i rozbolały mnie z zimna kolana. Telepie mnie do dziś i mam DOSYĆ – grudnia, naszego klimatu, wszystkiego. Herbaty poszło wczoraj wiadro, a i tak się nie ugrzałam, dopóki nie wrócił N. i nie napalił w kominku. Prawie do tego kominka wlazłam.

Czytam „Gniew” Miłoszewskiego – Hanka mi podrzuciła, jak zaczęłam jęczeć o lekturę – i bardzo mi się podoba. Naprawdę bardzo. Odpowiednie stężenie makabry i klimat taki, jak lubię – aż pomyślałam, że dawno nie byliśmy w Olsztynie, a Stawigudę mój mąż zna lepiej, niż wnętrze swojej szafy z koszulami (bo od wnętrz szaf jestem w tym domu JA).

Tak więc zima się jeszcze nie zaczęła, a ja już mam jej POTONT (ale żeby z zimna tak bolały kolana, to pierwszy raz w życiu miałam coś takiego).

Opublikowano Bez kategorii | 15 komentarzy