O FILMACH WĘDKARSKICH
Mój mąż, jak niejednokrotnie wspominalam, jest człowiekiem o wielu zainteresowaniach. Między innymi, w szerokim spektrum jego hobby znajduje się wędkarstwo. Abonuje jedno czasopismo tematyczne - w tytule coś o wędce, oczywiście - które przysyła również filmy. Wędkarskie.
Te filmy mają bardzo chwytliwe tytuły, typu "Drapieżna troć", "Bałtycki trolling", "Wyprawa na łososia" i tym podobne, że aż się człowiekowi same ręce i oczy wyciągają do oglądania. Tja. Ale dziś przeszli sami siebie i przysłali pozycję pod tytułem "NA TROPIE LUDOJADA".
Łowią mianowicie szczupaka. Cały film jest osnuty wokół historii, jak to na Słowacji grasuje SZCZUPAK LUDOJAD, który wciąga do wody i pożera BYDŁO I DZIECI. I to jest na poważnie, słowo. Tego potwora szuka cała policja słowacka i naszych dzielnych dwóch chłopaków z wędkami.
Cały film składa się ze scen zaczajania się na łowisku, zarzucania wędki, później długo długo nic, w sensie - woda, kij, woda, kij, woda, kij, nastrój oczekiwania, napięcie rośnie iiiiiiii JEST BRANIE! IHAAAAA! Muzyka jak z LOSTA, panowie spoceni, szarpią się z wędką, okrzyki "Ale wielki!", "Trzymaj mocno, bo zabierze mi wędkę!", "Chyba go mamy!" po czym, po pół godzinie szarpania, krzyczenia, zacinania, zadyszani wyciągają z wody 20 cm rybkę i dumnie prezentują do kamery, a ryba sie na nich patrzy z takim "Eeee… Ale że co?". "NIE, TO NIE ON" dochodzą do wniosku i jadą szukać ludojada dalej.
Nojapierdolęęęęęę…
Jajecznica mi się normalnie do podniebienia przykleiła (bo to przy śniadaniu było, ta projekcja). Najpierw siedziałam w lekkim stuporze, później się szczypałam i próbowałam obudzić, bo może znowu mam mega idiotyczny sen. Ale w końcu wpadłam, o co tam może chodzić.
Jak wszyscy wiemy, jestem ogromną zwolenniczką, sympatyczką i wielbicielką ukrytych znaczeń, podprogowych przesłań i szyfrów. I doszłam do wniosku, że te niby niewinne filmiki o rybkach są kolportowane przez jakies stowarzyszenie typu ILUMINATI i tam pod tym wyjątkowo idiotycznym filmem jest DRUGIE DNO. Żeby do niego dotrzeć, trzeba się dobrze naspawać jakimś LSD, bo sama wódka nie wystarczy (uwierzcie mi: sama wódka nie wystarczy), usiąść i wprawić się w trans przy pomocy wahadła. I wtedy, jak obraz Picassa spod bohomazu, ukaże się SENS - supertajne informacje o przejmowaniu władzy nad światem, na przykład. Albo jednolita teoria wszystkiego. Miejsce ukrycia zbiorów z Biblioteki Aleksandryjskiej i Świętego Graala. Piąta część "Indiany Jonesa". Zresztą COKOLWIEK, błagam.
To może nieco ochłonę i zrobię tartę z porem (we Francji nigdy nie mam pewności, czy zamawiam pora, czy gruszkę, na szczęście lubię jedno i drugie).
PS. Ho, ho, ho! Mam horror z Renee Zellwegerową, ale to niestety muszę poczekać, jak N. wróci z zawodów (nie wędkarskich, łuczniczych), bo jednak sama w domu nie dam rady.
barbarella 2012-05-26 11:09:26
skomentuj (14)
O KSIĄZCE BEZ TRUPÓW
Lodówkę wczoraj myłam. Najpierw tłuste półki. Później doszłam do wniosku, że wszystkie kefiry i sery są tłuste i nie mogę ich włożyć do umytej lodówki, więc myłam kefiry. A następnie myłam blat, na którym leżały tłuste kefiry. Fuj. Nie znoszę. W dodatku latał nade mną w trakcie tej pracy wielki komar widliszek, którego nie było komu złapać w garnek i wyrzucić, bo N. na delegacji.
Z racji tego, że N. na delegacji, pooglądałam sobie Fringe i zakąsiłam najnowszym odcinkiem "The Killing" i w okolicy kładzenia się spać zaczęły mi się trząść kolanka. Jak ja po tym wszystkim usnę!… Poszłam poszukać jakiejś książki na wyciszenie, koniecznie takiej, w której nie ma żadnego trupa. Nie było to łatwe, ale w końcu znalazłam - "Książkę kucharską Alicji B. Toklas".
Alicję B. Toklas czyta się troszkę jak dobre opowiadania science fiction. I nie chodzi już nawet o okonia dla Picassa, tylko o składniki i sam proces przyrządzania potraw. Pani Alicja, oczywiście, ma dość gruby romans z masłem, co zrozumiałe, bo to w końcu głównie kuchnia francuska. Każdy przepis zaczyna się od minimum trzech łyżek stołowych masła, niekiedy zmieszanych w proporcji 1:1 ze smalcem. Pycha. Aha, i miały kiedyś z Gertrudą Stein polską kucharkę, Anielę, która gotowała im dania kuchni polskiej i wiecie co? Były ZA CIĘŻKIE. Dla osoby, która robi pastę do kanapek z pieczarkami w proporcjach "wziąć tyle samo pieczarek, co masła" kuchnia polska była za ciężka.
Ale już zupełnie nie do przeskoczenia są przepisy, w których używa trufli. Ona używa tych trufli tyle, jak gdyby rosły u niej w domu w doniczkach. Albo na ścianie. Pierwsza z brzegu zapiekanka ziemniaczana - warstwy ziemniaków przekładać warstwami trufli. Żyjemy w czasach, kiedy "oliwa truflowa" to plasterek trufli zanurzony w cysternie oliwy. A do makaronu z truflami podchodzi do stolika kelner gnąc się w pasie, z kawalątkiem trufli wielkości paznokcia i tarką jubilerską, i tym kawałkiem trufli przeciąga centymetr nad tarką nad naszym talerzem, i to się nazywa, że dostaliśmy makaron z truflami. A ona przekłada warstwy ziemniaków warstwami trufli!…
To prawie jak obiad ubogiego chłopa rosyjskiego. Gotowane kartofle z kawiorem.
Następnie trafiłam na rozdział, w którym Alicja otrzymała przesyłkę z sześcioma gołębicami i wszystkie je udusiła własnoręcznie.
To tyle, jeśli chodzi o książkę BEZ TRUPA w moim domu. Nie spałam do czwartej rano.
barbarella 2012-05-24 10:02:51
skomentuj (11)
O NOWYM FORUM DO POCZYTANIA
Nierówna walka człowieka ze stadem łabędzi przechodzi powoli
do zbioru rodzinnych anegdot. Mam nadzieje, że wyczerpałam statystyczny
przydział łabędzia na obywatela i zamykam ten rozdział mojego życia na głucho.
W bilansie komunii nie uwzględniłam piętek oskrobanych do
kości, jako ze mój mąż wyprowadził mnie na spacerek z ul. Skałecznej na Rynek (miejscowość
dla ułatwienia podam – Kraków), tam zjadłam jajko po wiedeńsku w Europejskiej i
odbyliśmy podróż odwrotną. Moje „wygodne balerinki” okazały się potworami,
żywiącymi się ludzkim mięsem i mam teraz na obu stopach mięsnego jeża.
Oglądam „Fringe” i popiskuję z zachwytu. Już pierwsze
odcinki były bardzo w moim klimacie, a poziom gwałtownie wzrósł bodaj od
odcinka z psychotropami z żab. Teraz z ludzi wychodzą olbrzymie ślimaki, które
szalony naukowiec skrapia LSD (ale on wszystko skrapia LSD, najchętniej siebie
samego), a ostatnio pan w toalecie w samolocie zamienił się w gigantycznego
jeżozwierza. Naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Kończę pierwszy sezon i
tak kręcą bohaterami, że NADAL nie wiem, kto jest bed gajem. Bardzo fajny
serial, bo mnie w ogóle nie kręci obyczaj niestety (no… chyba tylko taki jak np.
„Nurse Jackie” – dlaczego Coop chce wychowywać dziecko O’Hary? Czy ja coś
przeoczyłam?... O’Hara z Coopem? NIEEEEEEEEE!...).
Aha, no i znalazłam nowe forum. Nie wiem, czy będzie równie
wspaniałe, jak „Faceci z Egiptu”, ale zapowiada się miło. Forum „Kochanki” na
gazecie. Oooooo. One, wiecie, „dotykają nieba”. Już ja bym je dotknęła, jedną z
drugą, dobrze rozgrzanym pogrzebaczem.
PS. Czytam to forum i własnie dostałam dzikiego napadu śmiechu, bo ktos napisał "obietnice bez pokrycia", co mi się WIADOMO jak skojarzyło w tym radosnym kontekście.
barbarella 2012-05-22 11:52:20
skomentuj (40)
NIE TUP, KICIU, BŁAGAM
Mam dziś kaca jak Carska Rosja za rządów Iwana Groźnego. Normalnie
dawno nie miałam kaca. Jestem bardzo nieszczęśliwa i chora, mąż mnie opieprza
bez sensu, bo się lekutko napiłam na przyjęciu komunijnym U JEGO RODZINY
przecież, więc zupełnie nie rozumiem o co te pretensje. W każdym razie czuję się
OKROPNIE, wszystko przez łabędzie, te skurwysyny.
Były takie ciastka ptysiowe, w kształcie łabędzi… Z szyją i
skrzydełkami… W środku miały wiśnie. Nawet nie konfiturę, tylko owoce jakoś
zżelowane, bo kwaśne. Na wiśniach mała łyżeczka kremu ciastkarskiego. Zjadłam
jednego łabędzia i pochwaliłam, że bardzo smaczny. No i do końca imprezy co chwilę
ktoś mi nakładał łabędzia. Nie wiem, ile ich zjadłam. Ze czterdzieści chyba.
Albo i sto. Nie wiem, nie pamiętam. Łabędzie owszem, popijałam winem.
A DZIŚ UMIERAM. Mam przed oczami koncentryczne okręgi w
kolorach plamy benzyny na kałuży i boli mnie w zasadzie wszystko. I niedobrze
mi. I bardzo mi przykro, jak mój mąż mówi „A ja musze wozić taki wór!”, bo
przecież to wszystko przez te cholerne łabędzie. Niech nikt dziś nie mówi, nie oddycha i NIE PATRZY w moją stronę, ała.
PS. OCZYWIŚCIE, ponieważ jest mi niedobrze i słabo, to pierwszy nius na Pudelku, na jakiego trafiam, to "Wiktoria Bekham robi sobie maseczkę z łożyska owcy", a kolega opowiada w robocie o tym, jak mu biała kiełbasa w lodówce puściła sok i porosła futrem. Naprawdę mi słabo.
barbarella 2012-05-21 10:28:32
skomentuj (12)
O KURACH
Mamy u nas świetny bazar ze wszystkim, na który ja nie cierpię chodzić, bo przez całe życie bylam ciągana bladym świtem w sobotę, a N. uwielbia. Więc podzieliliśmy obowiązki tak, że on chodzi, a ja nie. Na tym bazarze każdy ma swoich dostawców. Nie szkodzi, że stoi pań z jajkami dwadzieścia - idzie się DO SWOJEJ. To samo z ogorkami małosolnymi, jabłkami, kalafiorami, buraczkami, chrzanem, ćwikłą… Każdy ma swojego dilera.
Od jajek mamy bardzo dobrego dilera. Są pyszne, a ostatnio prawie każde jajko ma podwójne żółtko. A od kilku tygodni jakaś połowa jajek wygląda inaczej - są takie długie, wąskie i spiczaste. Widocznie przerzucił się na jakąś odmianę kur o arystokratycznie wąskich dupach. Takie szczupłe, zarozumiałe, z długą szyją i na długich łapach. Wieczorami zamiast plotkować z innymi kurami, to się alienują na grzędzie i robią sobie pedicure. A kogutowi mówią, że je głowa boli.
Oraz, niestety, jest już młoda kapusta, więc gudbaj moje dwa kilo w dół, które zostawiłam w Madrycie.
"Fringe" zaczęłam oglądać. Nieco nawiedzony ten serial; bardzo zachęcający pierwszy odcinek, w którym wszystkim pasażerom samolotu włącznie z załogą spłynęło ciało na podłogę. W realizacji coś pomiędzy "Archiwum X" a "Star Trekiem". Tylko nie ma na kim oka zaczepić, bo wszyscy aktorzy jacyś tacy. Zresztą, może to i dobrze, bo z drugiego "Sherlocka Holmesa" nic nie pamiętam z akcji, bo cały czas się gapiłam na Roberta Downeya Jr.
barbarella 2012-05-18 11:54:50
skomentuj (14)
O KIELONKU
Coś nie w sosie jestem od dni kilku (tylko w panierce)
(pikantnej).
Może to przez sny! Dziś mi się śnił japoński musical,
którego akcja działa się w domu starców. Jak słowo daję… Nie wiem, skąd mi się
to bierze. Ufo, seryjni mordercy, okej, ale tym razem to już moja podświadomość
przebiła nawet sen o kąpieli w wannie z wicepremierem Pawlakiem. Chyba powinnam
się poddać hipnozie (i okaże się, że tak naprawdę jestem przybyszem z Andromedy).
W centrum handlowym zaatakował mnie nowy sklep pod tytułem „Nowoczesna
Kuchnia”. Ze sklepu szczerzy się do człowieka duża ilość stali nierdzewnej.
A ja bym chwilowo wolała sklep „Staroświecka kuchnia”,
zdecydowanie. Żeby można było kupić sobie taka starą, dużą kuchnię z kucharcią
Helenką i podkuchenną, co jest trochę jeszcze fleja, ale już powoli wychodzi na
ludzi. Helenka by codziennie rano przynosiła świeże plotki z całej okolicy i
byśmy je omawiały przy porannej herbacie. Bo na razie to wiem tylko, który pies
sąsiadów zgrzeszył, a i to retrospektywnie, bo poznaję po szczeniakach. Później
bym dysponowała menu, a Helenka by mnie ochrzaniała, że za tłusto, bo pan musi mieć
dietę, albo że obiad cały w jednym kolorze i tak się nie robi. Zupę cytrynową,
kurczęta z sałatą i placek z rabarbarem poproszę na dziś.
Róże nam wymarzły. Trzeba by nowe kupić i posadzić. Ale
lawenda dała radę, dobrze, że N. jej nie wyrwał, bo na pierwszy rzut oka nie
rokowała w ogóle.
I dzięki za leniwego koka na ołówek. Świetny.
To co? Po kielonku?...
PS. A wracając do spotkania maturalnego, to najbardziej się szykowałam, że wypomne takiemu jednemu, jak mi kiedys w piatej klasie szkoły podstawowej pomazał długopisem gumke do ścierania. Bo ja wszystko pamiętam (beware, droga teściowo - jestem pamiętliwom sukom) i UWIELBIAM wypominać. A ten drań co?... NIE PRZYSZEDŁ!
barbarella 2012-05-16 12:16:50
skomentuj (13)
O IMPREZIE I SMIESZNYM PSIE
No. To przeżyłam dwudziestolecie matury (ILULECIE? To ja w 1995 roku nie chodziłam do podstawówki?… Jezus Maria). Bardzo było miło, choć w plenerze i bałam się, że każą siedzieć przy ognisku albo jeździć na osiołku! Łaaaa!… Ale nie, wpuścili do wnętrza i były krzesła. I toalety. Czyste. Uff.
Największe brawa dostali ci z kolegów / te koleżanki, które oznajmiały, że mają drugiego męża albo drugą żonę, albo żonę dziesięć lat młodszą, albo się rozwiedli. A jeden kolega nawet ma w domu sytuację pod tytułem "twoje dzieci z moim dzieckiem biją nasze dziecko" - no, ten to dostał owację. Na tym tle wypadłam blado i nieciekawie, jak zwykle. Po czym były wspomnienia ze szkolnych wycieczek, których KOMPLETNIE NIE PAMIĘTAM. Widocznie wyparłam wszystko z pamięci, jak traumę. No cóż, liceum nie należało do moich najulubieńszych etapów w życiu.
A dziś sobie oglądam "Gwiezdne Wojny", bo N. kupił cały zestaw na blurayu, z materiałami dodatkowymi. To znaczy, oglądam od IV części, bo te trzy nowe części to NIE SĄ DLA MNIE GWIEZDNE WOJNY, tylko jakieś dziadostwo - żeby to było jasne. Te całe Naboo i Madam Padam. Więc jem sobie kalafiora, a tam Luke Skywalker trafia do wentylatora, bo Han Solo wrócił i zestrzelił myśliwiec Dartha Vadera. Ale po jaką cholerę dorysowali te jaszczurki, to nie wiem. Bez sensu, chłopaki z South Parku mają rację, że powinno się filmy odbierać ich twórcom, żeby ich nie zepsuli po latach. Dobrze, że mamy wersję sprzed poprawek.
O, a to jest pies z Calle Huertas. Wygląda dokładnie tak, jak brzmi muzyka, ktorą tam puszczają.
barbarella 2012-05-13 20:04:21
skomentuj (40)
O MALUTKIM WYJAŹDZIKU
No nie było mnie moment, gdyż albowiem w zeszłym tygodniu rozpętała się akcja pt. "Wyjazd do Madrytu". Zaczęło się w poniedziałek, a później już był rollercoaster: jedziemy / nie jedziemy / jedziemy / nie jedziemy… W tle słyszałam normalnie takie "patataj patataj patataj patataj… BONAAAAANAZAAAA!". Że nie wspomnę o rezerwowaniu i odrezerwowywaniu biletów i hoteli. W środę po południu stanęło na "jedziemy" i w czwartek o świcie stanęlam karnie z waliczeczką naprzeciwko stanowiska SwissAir.
W tamtą stronę mieliśmy przesiadkę w Zurichu - na przesiadkę 40 minut. NIENAWIDZĘ, kiedy na przesiadkę jest mniej niż godzina, ale okazało się, że Swiss to Swiss. Wylądowaliśmy w Zurichu przed czasem, przebiegliśmy lotnisko z wywieszonymi ozorami i nawet starczyło czasu na kanapkę z jajkiem.
W Madrycie powitały nas:
a) trzydzieści stopni upału, oraz
b) samolot Athletico Madrid, stojący dumnie naprzeciwko głównej części terminala.
Jeśli chodzi o upał, to dziewczyny w Madrycie jeszcze nie zdjęły długich spodni, grubych rajstop, kozaków i szalików. Nawet, jak któraś szła w bluzce z krótkim rękawem, to w kozakach i okutana apaszką. Ciągnęłam się oszołomiona upałem w sandałkach i liczyłam te twardzielki, ale tak po pięćdziesiątej przestałam.
Co do Athletico Madrid, to wygrali jakiś mecz, podobno ważny (N. mi tłumaczył, ale ja na piłkę nożną głuchnę niestety) i pół Madrytu latało ubrane w koszulki w biało - czerwone pionowe paski (barwy Athletico - moim zdaniem, poszerzają). Mimo, że czwartek, na ulicach wieczorem i w nocy był dziki tłum, wszystkie stoliki na zewnątrz zajęte, sporo osób śpiewało, a i tak nie byliśmy w epicentrum rozrywki, czyli przy fontannie Neptuna, w której się podobno wykąpała zwycięska drużyna. Oraz wleźli Neptunowi na głowę. Otoczeni wyjącym tłumem, naturalnie. Ot, kolejny wieczór w Madrycie. Zawsze sobie potrafią znaleźć powód, żeby pić do rana.
N. zjadł rybę, ja dostałam prezent od kelnera (wachlarz z ośmiornicą… hmmm) i udaliśmy się na drinka na Calle Huertas, do małego baru, gdzie grają jazz, a na drzwiach narysowany jest śmieszny pies. Tam mój mąż oczywiście zaprzyjaźnił się z barmanem Antonio, który lubi polską wódkę Żubrówkę, ale pije ją z sokiem żurawinowym. N. nawracał go na sok jabłkowy, a wysoka, szczupła barmanka z grzywką (która mnie wkurwia, Hanka świadkiem) udawała intelektualistkę - wywlokła spod baru jakieś grube książczysko i niby była bardzo zaczytana. Pfff.
A w nocy mieliśmy w pokoju żar tropików, gdyż klimatyzacja nam się lekko zepsuła. N. wstał wściekły jak osa i poleciał ściągać mechanika od klimatyzacji (który przyszedł, a myśmy go zrzucili z drabiny, jak wróciliśmy ze śniadania, a on akurat coś dłubał przy drzwiach).
Powrót LOT-em bez przesiadki był bardzo przemiły, gdyż obok N. siedział facet, który tak nieprzytomnie śmierdział (wódą i kiełbasą, naturalnie), że przez całą drogę biedny N. siedział profilem i był nieprzytomnie wściekły. Ja nie wiem, dlaczego takich ludzi wpuszczają na pokład, naprawdę.
Doskonale się w tym upale sprawdziła fryzura "kok na pączka". Pączki do koka to świetny wynalazek, dobrze, że Hanka mnie oświeciła, co to jest, bo z wyglądu to taki drapak do mycia garów. Koka się robi w 30 sekund i świetnie się trzyma i w ogóle. Gdyby jakiekolwiek włosy mnie lizały w szyję w tej spiekocie, to bym chyba oszalała.
Więc w nagrodę mam od rana swojski słowiański deszcz, pranie i kotlety mielone do zrobienia - żeby mi się w niektórych częściach anatomii nie poprzewracało z dobrobytu. O.
barbarella 2012-05-12 10:58:02
skomentuj (12)
O NASTROJU DZISIEJSZYM
Od rana mam nastrój "KOGO BY TU ZĘBEM DRASNĄĆ".
A najlepsze, że Zebra mówi, że też.
I że jej córka też!
Plamy na słońcu znowu jakieś rekordowe albo przesłanie podprogowe poddźwiękami. W każdym razie widzę na czerwono. W plamy.
I w głowie mi się kręci i chyba napiszę powieść "Miałam się napić kawy, a zabiłam listonosza nożem".
BARDZO niekorzystne biometeorolo.
barbarella 2012-05-08 12:44:05
skomentuj (25)
RENAMENT WEEKENDU
Ja lubię KLAMRY KOMPOZYCYJNE, więc pozwolę sobie zamknąć weekend lekkim podsumowaniem:
a) okropnie się przemięsowiłam; absolutnie muszę się odmięsowić, nawet już zjadłam tak zwanego kalafiora pod pretekstem (pod pretekstem zjedzenia z tym kalafiorem kostki masła z toną bułeczki);
b) pogoda to już zaczęła mnie w pewnym momencie martwić, bo u nas NIE MA TAKIEJ POGODY, tyle dni z rzędu - jak nic Ruskie znowu coś rozpylają, doszłam do wniosku - hel, albo Czernobyl, na szczęście zaczęło padać;
c) zadzwonił urząd skarbowy:
- Pani złożyla PIT-a internetem tak???
- Nie, papierem.
- A no to ja nie wiem, ale w marcu pani zapłaciła 11 złotych za mało. W sierpniu 13 złotych za dużo. Ja nie wiem, korektę pani musi złożyć. Niech to pani biuro do mnie zadzwoni. Suma się zgadza, ale co z tego!
Japierdolę, jakie to państwo jest ze mną NIESZCZĘSLIWE. Zamiast być kolejną bezrobotną pobierającą wszystkie możliwe zasiłki i leczącą się na jego koszt z alkoholizmu, to nie dość, że płacę podatki, tworzę miejsca pracy, to jeszcze CHCIAŁAM JE ORŻNĄĆ, to państwo, na jedenaście złotych w marcu, i mimo, że oddałam w sierpniu, to pani ze skarbowego (mila, ale co z tego!) ma ze mną PROBLEM. Co roku ma problem, bo co roku placę. Jak Boga kocham, w końcu przekonam tego N., żebyśmy wyjechali na te Kanary, bo tu państwo ma z nami SAME PROBLEMY. W dodatku w JEGO urzędzie skarbowym nigdy nie ma problemów, a moim - dla odmiany zawsze. Dlaczego się jeszcze nie przemeldowałam, to nie wiem. A, wiem! Bo nienawidzę urzędów, wolałabym zabijać Minotaura w labiryncie, niż chodzić do urzędu jakiegokolwiek.
d) mój mąż właśnie słucha piosenki PO HISZPAŃSKU o pięknej piętnastolatce. Noooo, lekko mi to pedofilią trąci jednak! Oraz - chyba zaczynam rozumieć hiszpański. Niemniej jednak - DOIGRAŁ SIĘ - idę oglądać "Pingwiny z Madagaskaru".
e) koleżankom moim, wysyłającym ZACHĘCAJĄCE linki do sklepów internetowych z odzieżą, butami itp. mam do powiedzenia jedno: DEZYNFEKUJCIE SZYJE SPIRYTUSEM, ALBOWIEM UPIŁUJĘ WAM GŁOWĘ ZA CHWILĘ.
f) a ten księżyc z wczoraj?… Prawie czułam, jak porastam sierścią. Fenkju.
barbarella 2012-05-06 21:33:37
skomentuj (18)