Image Hosted by ImageShack.us

Księga (zaraz tam księga) Gości (zaraz tam gości)

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec

*~*~*~*

Szlaczuniek
(B.S.B.CH.)

O FILMACH WĘDKARSKICH


Mój mąż, jak niejednokrotnie wspominalam, jest człowiekiem o wielu zainteresowaniach. Między innymi, w szerokim spektrum jego hobby znajduje się wędkarstwo. Abonuje jedno czasopismo tematyczne - w tytule coś o wędce, oczywiście - które przysyła również filmy. Wędkarskie. 

Te filmy mają bardzo chwytliwe tytuły, typu "Drapieżna troć", "Bałtycki trolling", "Wyprawa na łososia" i tym podobne, że aż się człowiekowi same ręce i oczy wyciągają do oglądania. Tja. Ale dziś przeszli sami siebie i przysłali pozycję pod tytułem "NA TROPIE LUDOJADA". 

Łowią mianowicie szczupaka. Cały film jest osnuty wokół historii, jak to na Słowacji grasuje SZCZUPAK LUDOJAD, który wciąga do wody i pożera BYDŁO I DZIECI. I to jest na poważnie, słowo. Tego potwora szuka cała policja słowacka i naszych dzielnych dwóch chłopaków z wędkami.

Cały film składa się ze scen zaczajania się na łowisku, zarzucania wędki, później długo długo nic, w sensie - woda, kij, woda, kij, woda, kij, nastrój oczekiwania, napięcie rośnie iiiiiiii JEST BRANIE! IHAAAAA! Muzyka jak z LOSTA, panowie spoceni, szarpią się z wędką, okrzyki "Ale wielki!", "Trzymaj mocno, bo zabierze mi wędkę!", "Chyba go mamy!" po czym, po pół godzinie szarpania, krzyczenia, zacinania, zadyszani wyciągają z wody 20 cm rybkę i dumnie prezentują do kamery, a ryba sie na nich patrzy z takim "Eeee… Ale że co?". "NIE, TO NIE ON" dochodzą do wniosku i jadą szukać ludojada dalej. 

Nojapierdolęęęęęę…

Jajecznica mi się normalnie do podniebienia przykleiła (bo to przy śniadaniu było, ta projekcja). Najpierw siedziałam w lekkim stuporze, później się szczypałam i próbowałam obudzić, bo może znowu mam mega idiotyczny sen. Ale w końcu wpadłam, o co tam może chodzić. 

Jak wszyscy wiemy, jestem ogromną zwolenniczką, sympatyczką i wielbicielką ukrytych znaczeń, podprogowych przesłań i szyfrów. I doszłam do wniosku, że te niby niewinne filmiki o rybkach są kolportowane przez jakies stowarzyszenie typu ILUMINATI i tam pod tym wyjątkowo idiotycznym filmem jest DRUGIE DNO. Żeby do niego dotrzeć, trzeba się dobrze naspawać jakimś LSD, bo sama wódka nie wystarczy (uwierzcie mi: sama wódka nie wystarczy), usiąść i wprawić się w trans przy pomocy wahadła. I wtedy, jak obraz Picassa spod bohomazu, ukaże się SENS - supertajne informacje o przejmowaniu władzy nad światem, na przykład. Albo jednolita teoria wszystkiego. Miejsce ukrycia zbiorów z Biblioteki Aleksandryjskiej i Świętego Graala. Piąta część "Indiany Jonesa". Zresztą COKOLWIEK, błagam. 

To może nieco ochłonę i zrobię tartę z porem (we Francji nigdy nie mam pewności, czy zamawiam pora, czy gruszkę, na szczęście lubię jedno i drugie).


PS. Ho, ho, ho! Mam horror z Renee Zellwegerową, ale to niestety muszę poczekać, jak N. wróci z zawodów (nie wędkarskich, łuczniczych), bo jednak sama w domu nie dam rady.



barbarella 2012-05-26 11:09:26
skomentuj (14)
O KSIĄZCE BEZ TRUPÓW


Lodówkę wczoraj myłam. Najpierw tłuste półki. Później doszłam do wniosku, że wszystkie kefiry i sery są tłuste i nie mogę ich włożyć do umytej lodówki, więc myłam kefiry. A następnie myłam blat, na którym leżały tłuste kefiry. Fuj. Nie znoszę. W dodatku latał nade mną w trakcie tej pracy wielki komar widliszek, którego nie było komu złapać w garnek i wyrzucić, bo N. na delegacji.

Z racji tego, że N. na delegacji, pooglądałam sobie Fringe i zakąsiłam najnowszym odcinkiem "The Killing" i w okolicy kładzenia się spać zaczęły mi się trząść kolanka. Jak ja po tym wszystkim usnę!… Poszłam poszukać jakiejś książki na wyciszenie, koniecznie takiej, w której nie ma żadnego trupa. Nie było to łatwe, ale w końcu znalazłam - "Książkę kucharską Alicji B. Toklas".

Alicję B. Toklas czyta się troszkę jak dobre opowiadania science fiction. I nie chodzi już nawet o okonia dla Picassa, tylko o składniki i sam proces przyrządzania potraw. Pani Alicja, oczywiście, ma dość gruby romans z masłem, co zrozumiałe, bo to w końcu głównie kuchnia francuska. Każdy przepis zaczyna się od minimum trzech łyżek stołowych masła, niekiedy zmieszanych w proporcji 1:1 ze smalcem. Pycha. Aha, i miały kiedyś z Gertrudą Stein polską kucharkę, Anielę, która gotowała im dania kuchni polskiej i wiecie co? Były ZA CIĘŻKIE. Dla osoby, która robi pastę do kanapek z pieczarkami w proporcjach "wziąć tyle samo pieczarek, co masła" kuchnia polska była za ciężka. 

Ale już zupełnie nie do przeskoczenia są przepisy, w których używa trufli. Ona używa tych trufli tyle, jak gdyby rosły u niej w domu w doniczkach. Albo na ścianie. Pierwsza z brzegu zapiekanka ziemniaczana - warstwy ziemniaków przekładać warstwami trufli. Żyjemy w czasach, kiedy "oliwa truflowa" to plasterek trufli zanurzony w cysternie oliwy. A do makaronu z truflami podchodzi do stolika kelner gnąc się w pasie, z kawalątkiem trufli wielkości paznokcia i tarką jubilerską, i tym kawałkiem trufli przeciąga centymetr nad tarką nad naszym talerzem, i to się nazywa, że dostaliśmy makaron z truflami. A ona przekłada warstwy ziemniaków warstwami trufli!…

To prawie jak obiad ubogiego chłopa rosyjskiego. Gotowane kartofle z kawiorem. 

Następnie trafiłam na rozdział, w którym Alicja otrzymała przesyłkę z sześcioma gołębicami i wszystkie je udusiła własnoręcznie.

To tyle, jeśli chodzi o książkę BEZ TRUPA w moim domu. Nie spałam do czwartej rano.



barbarella 2012-05-24 10:02:51
skomentuj (11)
O NOWYM FORUM DO POCZYTANIA


Nierówna walka człowieka ze stadem łabędzi przechodzi powoli do zbioru rodzinnych anegdot. Mam nadzieje, że wyczerpałam statystyczny przydział łabędzia na obywatela i zamykam ten rozdział mojego życia na głucho.

W bilansie komunii nie uwzględniłam piętek oskrobanych do kości, jako ze mój mąż wyprowadził mnie na spacerek z ul. Skałecznej na Rynek (miejscowość dla ułatwienia podam – Kraków), tam zjadłam jajko po wiedeńsku w Europejskiej i odbyliśmy podróż odwrotną. Moje „wygodne balerinki” okazały się potworami, żywiącymi się ludzkim mięsem i mam teraz na obu stopach mięsnego jeża.

Oglądam „Fringe” i popiskuję z zachwytu. Już pierwsze odcinki były bardzo w moim klimacie, a poziom gwałtownie wzrósł bodaj od odcinka z psychotropami z żab. Teraz z ludzi wychodzą olbrzymie ślimaki, które szalony naukowiec skrapia LSD (ale on wszystko skrapia LSD, najchętniej siebie samego), a ostatnio pan w toalecie w samolocie zamienił się w gigantycznego jeżozwierza. Naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Kończę pierwszy sezon i tak kręcą bohaterami, że NADAL nie wiem, kto jest bed gajem. Bardzo fajny serial, bo mnie w ogóle nie kręci obyczaj niestety (no… chyba tylko taki jak np. „Nurse Jackie” – dlaczego Coop chce wychowywać dziecko O’Hary? Czy ja coś przeoczyłam?... O’Hara z Coopem? NIEEEEEEEEE!...).

Aha, no i znalazłam nowe forum. Nie wiem, czy będzie równie wspaniałe, jak „Faceci z Egiptu”, ale zapowiada się miło. Forum „Kochanki” na gazecie. Oooooo. One, wiecie, „dotykają nieba”. Już ja bym je dotknęła, jedną z drugą, dobrze rozgrzanym pogrzebaczem.


PS. Czytam to forum i własnie dostałam dzikiego napadu śmiechu, bo ktos napisał "obietnice bez pokrycia", co mi się WIADOMO jak skojarzyło w tym radosnym kontekście.

 



barbarella 2012-05-22 11:52:20
skomentuj (40)
NIE TUP, KICIU, BŁAGAM


Mam dziś kaca jak Carska Rosja za rządów Iwana Groźnego. Normalnie dawno nie miałam kaca. Jestem bardzo nieszczęśliwa i chora, mąż mnie opieprza bez sensu, bo się lekutko napiłam na przyjęciu komunijnym U JEGO RODZINY przecież, więc zupełnie nie rozumiem o co te pretensje. W każdym razie czuję się OKROPNIE, wszystko przez łabędzie, te skurwysyny.

Były takie ciastka ptysiowe, w kształcie łabędzi… Z szyją i skrzydełkami… W środku miały wiśnie. Nawet nie konfiturę, tylko owoce jakoś zżelowane, bo kwaśne. Na wiśniach mała łyżeczka kremu ciastkarskiego. Zjadłam jednego łabędzia i pochwaliłam, że bardzo smaczny. No i do końca imprezy co chwilę ktoś mi nakładał łabędzia. Nie wiem, ile ich zjadłam. Ze czterdzieści chyba. Albo i sto. Nie wiem, nie pamiętam. Łabędzie owszem, popijałam winem.

A DZIŚ UMIERAM. Mam przed oczami koncentryczne okręgi w kolorach plamy benzyny na kałuży i boli mnie w zasadzie wszystko. I niedobrze mi. I bardzo mi przykro, jak mój mąż mówi „A ja musze wozić taki wór!”, bo przecież to wszystko przez te cholerne łabędzie. Niech nikt dziś nie mówi, nie oddycha i NIE PATRZY w moją stronę, ała.


PS. OCZYWIŚCIE, ponieważ jest mi niedobrze i słabo, to pierwszy nius na Pudelku, na jakiego trafiam, to "Wiktoria Bekham robi sobie maseczkę z łożyska owcy", a kolega opowiada w robocie o tym, jak mu biała kiełbasa w lodówce puściła sok i porosła futrem. Naprawdę mi słabo.




barbarella 2012-05-21 10:28:32
skomentuj (12)
O KURACH


Mamy u nas świetny bazar ze wszystkim, na który ja nie cierpię chodzić, bo przez całe życie bylam ciągana bladym świtem w sobotę, a N. uwielbia. Więc podzieliliśmy obowiązki tak, że on chodzi, a ja nie. Na tym bazarze każdy ma swoich dostawców. Nie szkodzi, że stoi pań z jajkami dwadzieścia - idzie się DO SWOJEJ. To samo z ogorkami małosolnymi, jabłkami, kalafiorami, buraczkami, chrzanem, ćwikłą… Każdy ma swojego dilera.

Od jajek mamy bardzo dobrego dilera. Są pyszne, a ostatnio prawie każde jajko ma podwójne żółtko. A od kilku tygodni jakaś połowa jajek wygląda inaczej - są takie długie, wąskie i spiczaste. Widocznie przerzucił się na jakąś odmianę kur o arystokratycznie wąskich dupach. Takie szczupłe, zarozumiałe, z długą szyją i na długich łapach. Wieczorami zamiast plotkować z innymi kurami, to się alienują na grzędzie i robią sobie pedicure. A kogutowi mówią, że je głowa boli. 

Oraz, niestety, jest już młoda kapusta, więc gudbaj moje dwa kilo w dół, które zostawiłam w Madrycie.

"Fringe" zaczęłam oglądać. Nieco nawiedzony ten serial; bardzo zachęcający pierwszy odcinek, w którym wszystkim pasażerom samolotu włącznie z załogą spłynęło ciało na podłogę. W realizacji coś pomiędzy "Archiwum X" a "Star Trekiem". Tylko nie ma na kim oka zaczepić, bo wszyscy aktorzy jacyś tacy. Zresztą, może to i dobrze, bo z drugiego "Sherlocka Holmesa" nic nie pamiętam z akcji, bo cały czas się gapiłam na Roberta Downeya Jr.



barbarella 2012-05-18 11:54:50
skomentuj (14)
O KIELONKU


Coś nie w sosie jestem od dni kilku (tylko w panierce) (pikantnej).

Może to przez sny! Dziś mi się śnił japoński musical, którego akcja działa się w domu starców. Jak słowo daję… Nie wiem, skąd mi się to bierze. Ufo, seryjni mordercy, okej, ale tym razem to już moja podświadomość przebiła nawet sen o kąpieli w wannie z wicepremierem Pawlakiem. Chyba powinnam się poddać hipnozie (i okaże się, że tak naprawdę jestem przybyszem z Andromedy).

W centrum handlowym zaatakował mnie nowy sklep pod tytułem „Nowoczesna Kuchnia”. Ze sklepu szczerzy się do człowieka duża ilość stali nierdzewnej.

A ja bym chwilowo wolała sklep „Staroświecka kuchnia”, zdecydowanie. Żeby można było kupić sobie taka starą, dużą kuchnię z kucharcią Helenką i podkuchenną, co jest trochę jeszcze fleja, ale już powoli wychodzi na ludzi. Helenka by codziennie rano przynosiła świeże plotki z całej okolicy i byśmy je omawiały przy porannej herbacie. Bo na razie to wiem tylko, który pies sąsiadów zgrzeszył, a i to retrospektywnie, bo poznaję po szczeniakach. Później bym dysponowała menu, a Helenka by mnie ochrzaniała, że za tłusto, bo pan musi mieć dietę, albo że obiad cały w jednym kolorze i tak się nie robi. Zupę cytrynową, kurczęta z sałatą i placek z rabarbarem poproszę na dziś.

Róże nam wymarzły. Trzeba by nowe kupić i posadzić. Ale lawenda dała radę, dobrze, że N. jej nie wyrwał, bo na pierwszy rzut oka nie rokowała w ogóle.

I dzięki za leniwego koka na ołówek. Świetny.

To co? Po kielonku?...


PS. A wracając do spotkania maturalnego, to najbardziej się szykowałam, że wypomne takiemu jednemu, jak mi kiedys w piatej klasie szkoły podstawowej pomazał długopisem gumke do ścierania. Bo ja wszystko pamiętam (beware, droga teściowo - jestem pamiętliwom sukom)  i UWIELBIAM wypominać. A ten drań co?... NIE PRZYSZEDŁ!




barbarella 2012-05-16 12:16:50
skomentuj (13)
O IMPREZIE I SMIESZNYM PSIE


No. To przeżyłam dwudziestolecie matury (ILULECIE? To ja w 1995 roku nie chodziłam do podstawówki?… Jezus Maria). Bardzo było miło, choć w plenerze i bałam się, że każą siedzieć przy ognisku albo jeździć na osiołku! Łaaaa!… Ale nie, wpuścili do wnętrza i były krzesła. I toalety. Czyste. Uff.

Największe brawa dostali ci z kolegów / te koleżanki, które oznajmiały, że mają drugiego męża albo drugą żonę, albo żonę dziesięć lat młodszą, albo się rozwiedli. A jeden kolega nawet ma w domu sytuację pod tytułem "twoje dzieci z moim dzieckiem biją nasze dziecko" - no, ten to dostał owację. Na tym tle wypadłam blado i nieciekawie, jak zwykle. Po czym były wspomnienia ze szkolnych wycieczek, których KOMPLETNIE NIE PAMIĘTAM. Widocznie wyparłam wszystko z pamięci, jak traumę. No cóż, liceum nie należało do moich najulubieńszych etapów w życiu. 

A dziś sobie oglądam "Gwiezdne Wojny", bo N. kupił cały zestaw na blurayu, z materiałami dodatkowymi. To znaczy, oglądam od IV części, bo te trzy nowe części to NIE SĄ DLA MNIE GWIEZDNE WOJNY, tylko jakieś dziadostwo - żeby to było jasne. Te całe Naboo i Madam Padam. Więc jem sobie kalafiora, a tam Luke Skywalker trafia do wentylatora, bo Han Solo wrócił i zestrzelił myśliwiec Dartha Vadera. Ale po jaką cholerę dorysowali te jaszczurki, to nie wiem. Bez sensu, chłopaki z South Parku mają rację, że powinno się filmy odbierać ich twórcom, żeby ich nie zepsuli po latach. Dobrze, że mamy wersję sprzed poprawek. 

O, a to jest pies z Calle Huertas. Wygląda dokładnie tak, jak brzmi muzyka, ktorą tam puszczają.


barbarella 2012-05-13 20:04:21
skomentuj (40)
O MALUTKIM WYJAŹDZIKU


No nie było mnie moment, gdyż albowiem w zeszłym tygodniu rozpętała się akcja pt. "Wyjazd do Madrytu". Zaczęło się w poniedziałek, a później już był rollercoaster: jedziemy / nie jedziemy / jedziemy / nie jedziemy… W tle słyszałam normalnie takie "patataj patataj patataj patataj… BONAAAAANAZAAAA!". Że nie wspomnę o rezerwowaniu i odrezerwowywaniu biletów i hoteli. W środę po południu stanęło na "jedziemy" i w czwartek o świcie stanęlam karnie z waliczeczką naprzeciwko stanowiska SwissAir. 

W tamtą stronę mieliśmy przesiadkę w Zurichu - na przesiadkę 40 minut. NIENAWIDZĘ, kiedy na przesiadkę jest mniej niż godzina, ale okazało się, że Swiss to Swiss. Wylądowaliśmy w Zurichu przed czasem, przebiegliśmy lotnisko z wywieszonymi ozorami i nawet starczyło czasu na kanapkę z jajkiem.

W Madrycie powitały nas:

a) trzydzieści stopni upału, oraz

b) samolot Athletico Madrid, stojący dumnie naprzeciwko głównej części terminala.


Jeśli chodzi o upał, to dziewczyny w Madrycie jeszcze nie zdjęły długich spodni, grubych rajstop, kozaków i szalików. Nawet, jak któraś szła w bluzce z krótkim rękawem, to w kozakach i okutana apaszką. Ciągnęłam się oszołomiona upałem w sandałkach i liczyłam te twardzielki, ale tak po pięćdziesiątej przestałam.

Co do Athletico Madrid, to wygrali jakiś mecz, podobno ważny (N. mi tłumaczył, ale ja na piłkę nożną głuchnę niestety) i pół Madrytu latało ubrane w koszulki w biało - czerwone pionowe paski (barwy Athletico - moim zdaniem, poszerzają). Mimo, że czwartek, na ulicach wieczorem i w nocy był dziki tłum, wszystkie stoliki na zewnątrz zajęte, sporo osób śpiewało, a i tak nie byliśmy w epicentrum rozrywki, czyli przy fontannie Neptuna, w której się podobno wykąpała zwycięska drużyna. Oraz wleźli Neptunowi na głowę. Otoczeni wyjącym tłumem, naturalnie. Ot, kolejny wieczór w Madrycie. Zawsze sobie potrafią znaleźć powód, żeby pić do rana.

N. zjadł rybę, ja dostałam prezent od kelnera (wachlarz z ośmiornicą… hmmm) i udaliśmy się na drinka na Calle Huertas, do małego baru, gdzie grają jazz, a na drzwiach narysowany jest śmieszny pies. Tam mój mąż oczywiście zaprzyjaźnił się z barmanem Antonio, który lubi polską wódkę Żubrówkę, ale pije ją z sokiem żurawinowym. N. nawracał go na sok jabłkowy, a wysoka, szczupła barmanka z grzywką (która mnie wkurwia, Hanka świadkiem) udawała intelektualistkę - wywlokła spod baru jakieś grube książczysko i niby była bardzo zaczytana. Pfff.

A w nocy mieliśmy w pokoju żar tropików, gdyż klimatyzacja nam się lekko zepsuła. N. wstał wściekły jak osa i poleciał ściągać mechanika od klimatyzacji (który przyszedł, a myśmy go zrzucili z drabiny, jak wróciliśmy ze śniadania, a on akurat coś dłubał przy drzwiach). 

Powrót LOT-em bez przesiadki był bardzo przemiły, gdyż obok N. siedział facet, który tak nieprzytomnie śmierdział (wódą i kiełbasą, naturalnie), że przez całą drogę biedny N. siedział profilem i był nieprzytomnie wściekły. Ja nie wiem, dlaczego takich ludzi wpuszczają na pokład, naprawdę. 

Doskonale się w tym upale sprawdziła fryzura "kok na pączka". Pączki do koka to świetny wynalazek, dobrze, że Hanka mnie oświeciła, co to jest, bo z wyglądu to taki drapak do mycia garów. Koka się robi w 30 sekund i świetnie się trzyma i w ogóle. Gdyby jakiekolwiek włosy mnie lizały w szyję w tej spiekocie, to bym chyba oszalała. 

Więc w nagrodę mam od rana swojski słowiański deszcz, pranie i kotlety mielone do zrobienia - żeby mi się w niektórych częściach anatomii nie poprzewracało z dobrobytu. O.



barbarella 2012-05-12 10:58:02
skomentuj (12)
O NASTROJU DZISIEJSZYM


Od rana mam nastrój "KOGO BY TU ZĘBEM DRASNĄĆ".

A najlepsze, że Zebra mówi, że też. 

I że jej córka też! 

Plamy na słońcu znowu jakieś rekordowe albo przesłanie podprogowe poddźwiękami. W każdym razie widzę na czerwono. W plamy.

I w głowie mi się kręci i chyba napiszę powieść "Miałam się napić kawy, a zabiłam listonosza nożem".

BARDZO niekorzystne biometeorolo. 



barbarella 2012-05-08 12:44:05
skomentuj (25)
RENAMENT WEEKENDU


Ja lubię KLAMRY KOMPOZYCYJNE, więc pozwolę sobie zamknąć weekend lekkim podsumowaniem:

a) okropnie się przemięsowiłam; absolutnie muszę się odmięsowić, nawet już zjadłam tak zwanego kalafiora pod pretekstem (pod pretekstem zjedzenia z tym kalafiorem kostki masła z toną bułeczki);

b) pogoda to już zaczęła mnie w pewnym momencie martwić, bo u nas NIE MA TAKIEJ POGODY, tyle dni z rzędu - jak nic Ruskie znowu coś rozpylają, doszłam do wniosku - hel, albo Czernobyl, na szczęście zaczęło padać;

c) zadzwonił urząd skarbowy:

- Pani złożyla PIT-a internetem tak???

- Nie, papierem.

- A no to ja nie wiem, ale w marcu pani zapłaciła 11 złotych za mało. W sierpniu 13 złotych za dużo. Ja nie wiem, korektę pani musi złożyć. Niech to pani biuro do mnie zadzwoni. Suma się zgadza, ale co z tego!

Japierdolę, jakie to państwo jest ze mną NIESZCZĘSLIWE. Zamiast być kolejną bezrobotną pobierającą wszystkie możliwe zasiłki i leczącą się na jego koszt z alkoholizmu, to nie dość, że płacę podatki, tworzę miejsca pracy, to jeszcze CHCIAŁAM JE ORŻNĄĆ, to państwo, na jedenaście złotych w marcu, i mimo, że oddałam w sierpniu, to pani ze skarbowego (mila, ale co z tego!) ma ze mną PROBLEM. Co roku ma problem, bo co roku placę. Jak Boga kocham, w końcu przekonam tego N., żebyśmy wyjechali na te Kanary, bo tu państwo ma z nami SAME PROBLEMY. W dodatku w JEGO urzędzie skarbowym nigdy nie ma problemów, a moim - dla odmiany zawsze. Dlaczego się jeszcze nie przemeldowałam, to nie wiem. A, wiem! Bo nienawidzę urzędów, wolałabym zabijać Minotaura w labiryncie, niż chodzić do urzędu jakiegokolwiek.

d) mój mąż właśnie słucha piosenki PO HISZPAŃSKU o pięknej piętnastolatce. Noooo, lekko mi to pedofilią trąci jednak! Oraz - chyba zaczynam rozumieć hiszpański. Niemniej jednak - DOIGRAŁ SIĘ - idę oglądać "Pingwiny z Madagaskaru".

e) koleżankom moim, wysyłającym ZACHĘCAJĄCE linki do sklepów internetowych z odzieżą, butami itp. mam do powiedzenia jedno: DEZYNFEKUJCIE SZYJE SPIRYTUSEM, ALBOWIEM UPIŁUJĘ WAM GŁOWĘ ZA CHWILĘ.

f) a ten księżyc z wczoraj?… Prawie czułam, jak porastam sierścią. Fenkju.

 


barbarella 2012-05-06 21:33:37
skomentuj (18)
 

Moje Drogie Nietoperze
Maciej Zembaty - wyrwał wskazówki z zegara z kukułką i świeci po ciemku...

UWIELBIAM. PRZEPADAM.
Artur Andrus - "Czy ktos z Państwa jest pania Cichopek?"
Dziennik Janusza Palikota - jak dobrze, że znowu pisze!

OSOBNA KATEGORIA
Iza Kuna - piekna, mądra, zdolna, walnięta, a teraz ma swojego bloga!

TĘDY PROSZĘ
Lejdis film taki. Krajowy.

KOBIETY POŁĄCZONE ZE MNĄ KOSMOSEM
SoSo Mała pyskata
Haniuta Po prostu KRÓLOWA

SPESZL PRODŻEKT
Lejdis Kobiety w sieci

FAJNE CHŁOPAKI
Change Jedyny rozsądny w tym towarzystwie
Motyl Mowią, że mięsko
Chrabja PATRON
Obly Nadzdolny z pięknym umysłem w technikolorze
KaBeBe Lubi intelektualistki ;)

FAJNE DZIEWCZYNY
Ida - Nagły Atak Skupienia
Dr-Lecter Dziewczynka z pełnymi pokładami optymizmu
Krokodyl Dziewczynka z Krokodylem
Cot Dziewczynka z wartkim piórem
Toffi Dziewczynka z poczuciem humoru
Chuda Dziewczynka i trzech chłopców
Cloudy Dziewczynka z mężem
Pierzynka Dziewczynka z czerwonym winem
Nina Dziewczynka w Kaliforni
Sistermoon Dziewczynka w Irlandii
Zupa Dziewczynka z mieszkaniem
McDalenka Dziewczynka z Aurelką
Cashew Dziewczynka z Orzechami
Pierwsza Dyktuje trendy
Martucha Aniołek Charliego z twarza Dymnej
Hania Mądra dziewczynka
June Dziewczynka z przemyśleniami

MOJA KREW!
Młoda Zebra Kroi małe gryzonie za pieniądze podatnika