O ZASTOSOWANIU MLEKA I DOLE W ZIEMI

 

No dobrze, może faktycznie przeoczyłam, że dzieci piją mleko. Umknęło to mojej uwadze. Pewnie dlatego, że ja od urodzenia wolałam jeść gwoździe, niż pić mleko i do dziś zapach dwóch rzeczy powoduje u mnie pawia bez ostrzeżenia, za to o promieniu dwóch metrów: mleka i ampicyliny. Wypiłam ich w dzieciństwie podobne ilości i zawdzięczałam im nienaganną figurę kościotrupa.

Poza dziećmi, Hiszpanie potrzebują przecież mleka do beszamelu, czyli bazy do krokietów, zapiekania warzyw i tak dalej, no i desery! Przecież oni mają prawie wszystkie desery na mleku: flan to mleko, cukier i jajka. Nie wierzyłam, że mi się zsiądzie ta breja, ale się zsiadła. Crema catalana, czyli ichni creme brulee, tylko lepszy. Natillas, czyli taki rzadki budyniokrem, którym się zalewa w pucharku okrągłe ciasteczko. Ryż na mleku, którego nigdy nie próbowałam z wiadomych względów. No i słynne leche frita, czyli smażone mleko. Też mnie jakoś nie kusiło spróbować, bo to są – z przepisu sądząc – kawałki budyniowatego tworu, opanierowane i usmażone na głębokim tłuszczu, a smażony budyń to za dużo szczęścia nawet dla mnie. Jednak kura w panierce przemawia do mnie bardziej, niż budyń w tejże.

Od kilku dni nastrój mam ponury i myśli plugawe bardziej niż zwykle, bo mi zimno. W dodatku jakbym miała kogoś zamordować na pocieszenie, to muszę szybko, póki ziemia nie zamarzła i da się wykopać dół.

 

PS. Na dowód – crema catalana (nadgryziony, bo nie umiem się powstrzymać od dziabnięcia w karmelową skorupkę NATYCHMIAST):

cremacatalana

 

PSPS. Kawy też nie piję, a z mlekiem to już w ogóle, ale jeśli, czasem, bardzo rzadko, to tylko cafe bombon ze skondensowanym:

cafebombon

 

Opublikowano Bez kategorii | 16 komentarzy

O KURCZĘ BLADE

 

Miałam poczekać, aż będzie więcej odcinków, ale niestety nie wytrzymałam i wsiąkłam w „American Horror Story: Freak Show”. Chyba dostałam gorączki z miłości, a jak Jessica zaśpiewała „Life on Mars”, to już w ogóle. Sarah Paulson ma dwie głowy! A KLAUN?… Matko jedyna.

W międzyczasie skonsumowałam „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson – przepiękna książka, dziękuję Zuzance za zapoznanie z autorką, już sobie zamówiłam jej następny kryminał.

Tylko nie wiem, co będzie jak N. wyjedzie na kilka dni – chyba wynajmę gdzieś na mieście pokój tak zwany „przy rodzinie”, bo sama na noc nie zostanę. Nie z klaunem z American Horror Story.

 

PS. Zapomniałam się pożalić na ekonomię – mianowicie wczoraj zrobiliśmy zakupy i kiedy na parkingu opróżniliśmy wózek ze świeżo nabytych dóbr*, to się obejrzałam za miejscowym żulem… znaczy, alternatywnie trzeźwym i alternatywnie zatrudnionym obywatelem, który zazwyczaj kwitł przy samochodzie i prawił komplementy już przy wypakowywaniu, aby następnie zniknąć z wózkiem na horyzoncie zdarzeń za tę złotóweczkę w dziurze i wszyscy byli zadowoleni. Tymczasem wczoraj? ANI JEDNEGO! czyżby przez pogodę? No nie wiem, nie sądzę, nie była aż taka zła, a może Zyrardów NAGLE z dnia na dzień rozwiązał problem bezrobocia (nie konsultując z obywatelami)? A może wszyscy już zasuwają w sztabie wyborczym JEDYNIE SLUSZNEJ pani kandydat na prezydenta i roznoszą ulotki, baloniki i grawerują napisy na długopisikach? A człowiek musi sam odprowadzać wózek!

* – zawsze przy kasie mam wrażenie, że przegrałam w jakiejś dość istotnej grze pt. „ZAPELNIJ WOZEK” – wszyscy mają po brzegi i z czubkiem, a u nas ledwo dno zakryte, ale to i tak nic w porównaniu z marketami w Hiszpanii, gdzie każda, KAZDA gospodyni domowa ma w wózku STO LITROW MLEKA – po co im tyle mleka? Co oni robią z tym mlekiem? A na Teneryfie przed nami w Mercadonii stało małżenstwo z obowiązkowymi trzema zgrzewkami mleka po 24 litry każda ORAZ w dodatku mieli STO KILO MARCHWI. „Może mają króliki” – stwierdził N. Po co ludziom tyle mleka, Droga Redakcjo?

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy

O PRZEKŁAMYWANIU RZECZYWISTOŚCI

 

Z człowiekiem to jest tak, że jest o czymś przekonany na kamień, na sto procent, dopóki tak zwane szeroko rozumiane ŻYCIE nie tego nie zweryfikuje. Nie inaczej ze mną: żyłam sobie niemało lat całkowicie pewna, że mam lejek. Wszak każdy ma lejek, w końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek.

Nagle WTEM (uwaga: będzie zwrot akcji) N. kupił pięciolitrowy baniak oliwy i choć najchętniej bym się w niej wykąpała, to jednak rozsądek zwyciężył, bo jestem spod Panny, więc umówiłam się z Zebrą, że rozporządzimy baniakiem po bratersku. Przyszedł szwagier z butelkami I OKAZAŁO SIĘ, że moja granitowa pewność co do lejka była złudą jedynie! Przewaliłam kuchenne wnętrzności i lejka ani słychu, ani dychu. Tyle lat żyłam w zaprzeczeniu rzeczywistości! Gdyby np. akurat wypadł spis ludności i przyszedł GUS z ankietą i pytał o wyposażenie gospodarstwa, to w rubryce „lejek” bym odhaczyła TAK, czyli tym samym zafałszowała statystyki narodowe, poziom dobrobytu gospodarstw domowych (mierzony lejkami) oraz wysłała fałszywy sygnał gospodarce, że w najbliższym czasie nie ma się z mojej strony spodziewać popytu na lejek i może ulokować wolne zasoby w innej gałęzi.

Tak się zdenerwowałam, że w amoku przelałam z baniaka do butelek BEZ lejka. Szwagier stał z boku i podziwiał, jaką mam pewną rękę do oliwy i w związku z powyższym powinnam natychmiast zostać prezesem ORLENU (mam nadzieję, że tego bloga czytają odpowiednie środowiska i wyciągną wnioski).

Teraz muszę ten numer powtórzyć z moimi butelkami. Albo kupić lejek i zerwać z wieloletnim zakłamaniem.

Oraz: uwielbiam, kiedy N. przynosi mi o 22.00 spodnie od garnituru wymagające zszycia kilku centymetrów na szwie z boku, bo on jutro od rana jedzie oddawać do użytku stadion i potrzebuje być elegancki. Kocham szyć czarne portki czarną nicią o dziesiątej w nocy.

PRYWATA – DO MCDALENKI: Moja Droga, postaram się zrobić takie zdjęcie w poniedziałek (bo poduszka została w biurze, w końcu jest przeznaczona do spania w pracy), ale nie wiem jak wyjdzie, bo jak raz obcięłam wczoraj włosy pierwszy raz w życiu na tak krótko:

Photo on 2014-10-17 at 18.33

 

Opublikowano Bez kategorii | 36 komentarzy

O DOMOWYCH SPOSOBACH NA KRĄŻENIE

 

N. ostatnio (tj. od zawsze, ale ostatnio jakoś tak mu to wychodzi mimochodem i z dużym wdziękiem) stosuje naturalne metody przeciwdziałania mojemu niskiemu ciśnieniu. Wiadomo, że naturalne są najlepsze i człowiek nie przepłaca i nie bierze udziału w światowym spisku farmaceutycznym dwugłowych jaszczurów… czy jakoś tak. Na przykład przedwczoraj (o, jaka ładna fraza do dyktanda na r-z: „na przykład przedwczoraj”). O cholera, o czym to ja miałam, bo znowu się zgubiłam?…

Przedwczoraj dzwoni z delegacji, pytam się o której wraca, a on „A jeszcze spotkanie… No i na policję muszę iść”. Dobra. Jak musi to musi, nic nie poradzę. Godzina stawienia się na policji nadeszła i minęła, a za nią następna godzina i następna… i następna… Nie dzwoniłam, bo wiadomo, że to bez sensu, albowiem człowiekowi na policji zabierają telefon – ogląda się te seriale i się wie. Telefon i sznurowadła i pasek i sadzają w samych gaciach na krześle przyspawanym do podłogi i skuwają łańcuchami ręce i nogi… STOP! Ale to chyba tylko, jak się jest podejrzanym o morderstwo, a N. raczej chyba nie jest?… Z nas dwojga to już prędzej ja.

Po czterech godzinach wizualizowania mojego męża wleczonego w pomarańczowym drelichu ze skutymi kończynami przez środek zakładu karnego o obostrzonym rygorze, podczas gdy dwa tysiące więźniów stoi przy kratach i tłucze w nie metalowymi miskami – TELEFON. Że właśnie wyjeżdża z budowy. Aaaa!… z BUDOWY? A policja? No był na policji – wszedł, załatwił co ma załatwić i wyszedł, a później już normalnie siedział z chłopakami na budowie. Po informacji, że ja go ZABIJĘ, bo cztery godziny siedzę z ciśnieniem jak parowóz Latający Szkot i się kurwa o niego MARTWIĘ – bardzo się zdziwił, że mogłam pomyśleć, że coś mu zrobią na policji, bo przecież on jest uczciwym człowiekiem.

Serio?… Nie wpadłam na to, że jak człowiek jest uczciwy, to nic mu nie zrobią. Może za dużo czytam różnych historii w prasie.

Natomiast w tak zwanym międzyczasie problem nadmiaru winogron rozwiązał się sam. Już dawno temu zauważyłam, że w stosunku do problemów warto przyjąć taktykę Napoleona: poczekać. Większość rozwiązuje się sama albo znika (uwaga: nie dotyczy np. ciąży) (chociaż, jak by nie patrzeć, ciąża też się w pewnym momencie rozwiązuje sama). W tym konkretnym przypadku – przyleciały kosy i zabrały się za przetwórstwo winogron w kosi metabolizm. Bardzo się cieszę, bo wyszło ekologicznie i nie muszę stać nad garami.

Coś bryndza owcza na moim ulubionym forum. Dawno żadnej konkretnej, tłustej jateczki nie było. Ech… Jesień.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

O PEFRUMACH I PIEGACH

 

Oddycham od rana na pół gwizdka, bo się wyperfumowałam nowymi perfumami i nie wiadomo, czy się przyjmą, czy dostanę gigamigreny ze srebrnymi wężami. Dałam się namówić na te perfumy N. i pani w drogerii, która zapewniała, że ten zapach jest „muy, muy elegante”, czym trafiła w dziesiątkę, bo ja dramatycznie chciałabym kiedyś chociaż przez chwilę być elegante!… Mimo, że zupełnie, ale to zupełnie mi to nie wychodzi. Na razie elegante to jest Szczypawka, bo była u fryzjera, a ja jeszcze się nie zebrałam. Ale muszę iść, bo psina się będzie wstydziła ze mną na dzielni pokazać, gdyż wyglądam jak chupacabra (ale chupacabra pachnąca Angelem Schlesserem).

Czy poniedziałek trzynastego jest gorszy od piątku trzynastego? O ile?

„Piegi na dupie, piegi na dupie, piegi na dupie jak w serce noża cios” (Wiesław Dymny).

 

 

PS. A w sumie to po co mi fryzjer.

ostrichpill

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

O JAJKACH

 

(Zaraz napisze notkę, tylko zabiję męża. Momencik).

Z powodu, że dziś Światowy Dzień Jajka, to przypomniał mi się program o Casa Lucio. Albowiem w Hiszpanii oglądam telewizję. Jak w Polsce nie mogę – zaraz po włączeniu rzucam słowami powszechnie uznawanymi oraz przedmiotami – to tam mi się podoba. Być może dlatego, że niewiele rozumiem i wydaje mi się ciekawsza, niż w rzeczywistości jest, jak te średniowieczne przydymione obrazy, które po odnowieniu okazały się jarmarcznymi landszaftami. Na pewno też, chociaż lubię tamtejszą bezpretensjonalność.

Był na przykład program o gwiazdorze rocka, niejakim Raphaelu. Trochę się zdziwiłam, dlaczego gwiazdor Raphael przyjmuje ekipę telewizyjną w hurtowni dywanów, ale okazało się, że to jego salon (po co jednemu człowiekowi tyle dywanów i to w jednym pokoju? Dude Lebowski miał jeden dywan, który nadawał wnętrzu charakter i wystarczyło; ja nie mam żadnego i żyję). Prezenter cały czas mówił do Raphaela per „legenda” i porównywał z Mickiem Jaggerem, a Raphael skromnie spuszczał oczka spod świeżo transplantowanej czupryny i wyprowadził ekipę z hurtowni dywanów nad basen. Prezenter zadawał pytania w stylu „Co pan czuje, kiedy na koncert przychodzą razem babcia, mama i wnuczka?”, a Raphael może i czuł, ale nie mógł tego po sobie pokazać, bo twarz miał jakby z ceraty. Ale do brzegu -miało być o jajkach!

NO WIĘC.

Pokazali reportaż o sympatycznym starszym panu o imieniu Lucio. Ten Lucio od ponad czterdziestu lat prowadzi w Madrycie knajpę „Casa Lucio” (przechodziliśmy obok niej, bo jest na Cava Baja). U Lucia aktualnie jada cały hiszpański bonmond z królem na czele; trudno tam się dostać, bo rezerwacja na stoliki schodzi jak ciepłe flaki po madrycku. Lucio wyciągał z wielkiej teczki zdjęcia z Cloneyem, Shwarzennegerem, jakąś bardzo słynna hiszpańską tancerką o imieniu Lola (nie znam, ale miała fantastyczną kieckę) i mówił, że wszyscy sobie z nim robią zdjęcia. Że codziennie ludzie robią sobie z nim sto zdjęć! Codziennie!

I ten pan Lucio twierdzi, że to on wynalazł jajka na frytkach. To jest sztandarowe danie „Casa Lucio” – cztery jajka na domowych frytkach kosztują 12 euro i zamawia je prawie każdy. Teraz wszyscy robią te jajka – mówi pan Lucio – i stały się bardzo popularne, ale to ja je wymyśliłem i tylko u mnie smakują tak, jak powinny. Pokazano wywiad z kucharzem, który od czterdziestu lat jedną ręką rozbija u Lucia po cztery jajka na patelnię z oliwą – potwierdził, że prawdziwe jajka na frytkach tylko u nich.

No cóż. Spróbować jajek u Lucio pewnie nie będzie łatwo (chyba, że nasi madryccy znajomi pomogą z rezerwacją), ale powiem od siebie, że odkąd spróbowałam sadzonego jajka na oliwie, to już ich nie robię inaczej. W ogóle, jajko jest fantastycznym daniem, które nigdy się nie nudzi i zawsze smakuje. Niech żyją jajka i niech żyje Lucio i je smaży przez następne czterdzieści lat!

A Kartaginę należy zburzyć, a N. uduszę własnoręcznie.

Opublikowano Bez kategorii | 12 komentarzy

O KACU, KTÓRY NIE JEST DLA STARYCH LUDZI

 

No i tak. Główka wirusa Ebola wygląda pod mikroskopem jak Myszka Miki. A w Madrycie jest pierwszy przypadek zarażenia – pielęgniarka, która opiekowała się chorym, przywiezionym do szpitala. Jak mi ktoś logicznie wytłumaczy, po co celowo przywozi się chorych na Ebolę do jednego z najgęściej zaludnionych miast w samym środku Europy… bo mi się to nie mieści w głowie. Tym bardziej, że szpital w Madrycie był zupełnie nieprzygotowany do opieki nad pacjentem, który wymaga ścisłej izolacji – nie mieli nawet odpowiednich kombinezonów. A jeśli chodzi o ogólny stan służby zdrowia w Hiszpanii, to przytoczę taką – ha, ha -ANEGDOTKĘ – żona jednego z „naszych” Hiszpanów wylądowała u nas na ostrym dyżurze i musiała mieć operację. Byliśmy na bieżąco pod telefonem, gdyby było coś trzeba. No więc, on był POD WRAŻENIEM, jaki znakomity szpital, jak świetnie jest wszystko zorganizowane i jak bardzo chciałby, żeby hiszpańskie szpitale były na takim poziomie. Nie, nie mieli dodatkowego ubezpieczenia, a wręcz nieaktualną kartę EKUZ.

Żeby było ciutkę optymistyczniej – bardzo podobała mi się „Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka”. Jak to u Sue Townsend, zaczyna się zupełnie zwyczajnie i realistycznie – Eva – zwykła żona z przedmieść, która posłała dzieci na studia, jej mąż ma romans, a ona poczuła, że powinna coś zmienić w swoim życiu. I kładzie się do łóżka, żeby sobie przemyśleć. Od tego momentu akcja zatacza coraz szersze kręgi absurdu i abstrakcji (chociaż właściwie to nie, bo ludzie tacy są). Wielka szkoda, że to ostatnia powieść Sue i więcej nie będzie, bo bardzo lubię jej sposób opisywania rzeczywistości.

Mam też zupełnie nowiutki (chociaż stary) serial na pocieszenie – Hanka mi kiedyś kazała oglądać, a ja wtedy zapomniałam albo miałam nadmiar, ale teraz jak znalazł – „Saving Grace”. Malutka i śliczniutka (Hanka mówi, że żylasta – no dobra, jest trochę żylasta) i całkowicie szalona Holly Hunter gra panią detektyw Grace Hanadarko. Oprócz tego, że jest panią detektyw, to jeszcze okrutnie chleje oraz bzyka się z nieprawdopodobną ilością facetów. Niemniej jednak, Bóg ma wobec niej swoje plany i zsyła jej anioła, który ma za zadanie ją nawrócić. Anioł ma na imię Earl i nie ma łatwej roboty, bo oprócz Grace opiekuje się jeszcze np. zbrodniarzem czekającym na wykonanie kary śmierci. Akcja dzieje się w Oklahomie, więc chleją i bzykają się raczej wszyscy, poza tym noszą kapelusze nawet wewnątrz budynków, robią sobie bardzo wkurzające kawały oraz jeżdżą konno na golasa. Oraz nadal żyją w cieniu zamachu z 1995 roku. Grace jest, jaka jest, bo MA PRZESZŁOŚĆ. Najbardziej lubię Rhettę, panią technik kryminalny, bo jest bardzo piękna i chyba jako jedyna w miarę normalna (chociaż w jednym odcinku przebrana za kaczkę tańczyła na barze – cóż, Oklahoma). Holly Hunter cały czas nosi przepiękne buty i ma ogromnego psa, z którym W OGÓLE NIE WYCHODZI, jak to jest możliwe, ja się pytam!

Niemniej, bardzo przyjemnie się ogląda, z jednym malutkim wyjątkiem – kiedy Grace ma kaca, to mnie wszystko boli. A kaca miewa często. Podziwiam ją, bo nie jest już taka znowu MŁODZIUTKA – ja bym nie dała rady. Co innego, jak człowiek jet młody, wtedy tak. Wtedy się przeżyje wszystko (nawet śliwowicę po winie i delegację do Katowic o piątej rano następnego dnia), ale teraz?… Za nic na świecie już bym tak nie mogła.

 

PS. Zapomniałam o muzyce. Muzyka jest dobra w „Saving Grace”.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

O TYM, ZE WRACAM DO NORMALNEGO RYTMU ZATOKOWEGO

 

Wszyscy kaszlą. Ja nie, ale w ramach solidaryzowania się wbiłam sobie pod paznokieć szypułkę od pomidora. Wylew pod paznokciem zawsze wygląda nobliwie.

Miałam napisać, że tak wypoczęłam, najadłam się różnych zdrowotności i tak mi się normalnie CHCE, ale spoko. Już mi prawie przeszło. Już jestem normalna.

„Znaleziono zwłoki mężczyzny w lesie pod Warszawą” – a to nie ja. Tym razem nie ja (w miejscowości Moszna?… Zdecydowanie NIE).

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

O TYM, ŻE TRACĘ MOC ALBO CO

 

Trochę się zaczynam martwić, że tracę moc. Przyjechałam i jaka jest pogoda? No właśnie! Piękna! Trochę zimno w nocy, ale słońce jak drut! A normalnie powinno lać jak z cebra, śmierdzieć dorszem i pizgać żabami. Tam na Teneryfie też niby kilka razy kropnęło, ale w telewizji na okrągło pokazywali powodzie na południu Hiszpanii i na Majorce – wezbrane rzeki, zatopione drogi, samochody do okien w błocie… Siedziałam przed tym telewizorem i CZUŁAM SIĘ JAK MACOCHA Królewny Śnieżki. Lustereczko mi podpowiada, że GDZIEŚ się pojawiła lepsza ode mnie w sprowadzaniu deszczu. Niby nic, ale jednak trochę przykro, kiedy się traci palmę pierwszeństwa.

To może pokażę trujący ogród. Ostrzeżenia wszędzie stały szumne:

ten8

 

Ale pierwsze co zobaczyłam po wejściu, to te liście:

ten7

 

No przecież one kiedyś u nas były obowiązkowo u każdego w doniczce na parapecie! Na pewno obie moje babcie je miały i prababcia też (razem z aloesem, zanim jeszcze stał się modny).

Aby jednak zbudować napięcie, żeby nikt nie wyszedł rozczarowany, to byla na przykład taka dekoracja:

ten6

 

Hiszpanie potrafią być bardzo dosłowni.

ten2

 

A to jest model Kon Tiki – naprawdę z opisów wyobrażałam ją sobie solidniej, a to zwykła słomiana wycieraczka!… Bałabym się na niej nocować w ogródku, A CO DOPIERO:

ten5

 

Jak już wspominałam, wulkany są porośnięte różnym towarem, w odróżnieniu od marsjańskiego krajobrazu Lanzarote:

ten1

 

A oto jajo Kolumba na Gomerze:

ten3

 

A to jest miejscowa przekąska – gueldes.

ten4

 

Musiałam spróbować, ale nie byłam zachwycona – mają drobną, bardzo sztywną łuseczkę, która jest trochę nieprzyjemna i drapiąca w gardle. W dodatku urywałam im łby, bo przy łbie są dla mnie za gorzkie (normalnie się je wcina w całości). Moim zdaniem, nasze szprotki zrobione podobnie są dużo lepsze, a okonki to już w ogóle.

Oraz znalazłam w statystykach następujące zagadnienie:

„Ile wsypać kasztanów do tapczanu?”

W tym temacie się absolutnie poddaję. Nie mam najbledszego pojęcia. Ba, nawet nie mam tapczanu! Można wsypać do ikeowskiej kanapy?…

 

Opublikowano Bez kategorii | 13 komentarzy

O TYM, CZEGO NIE LUBIMY

 

Kwiatkowski zaszalał jednego dnia, jak leżałam sobie w popołudniowym upale i przesuwałam rybę (i wino) ze żwacza do ksiąg, a z salonu dobiegały jakieś okrzyki. Nie zdążyłam się nacieszyć sjestą, kiedy do sypialni wpadł N., że MAMY MISTRZOSTWO ŚWIATA na rowerze i mam natychmiast wstać i iść oglądać dekorację. Wzięłam brzuch z rybą w obie ręce i poszłam, bo mnie ogłuszył entuzjazmem. Hiszpanie dostali brąz, więc pokazywali dużo tego swojego zawodnika z pomarańczowym nosem, ale Kwiatkowskiego też. Biedak nie mógł uwierzyć w swój sukces, stał na podium i płakał przez całą dekorację i hymn i ocierał gile koszulką lidera. Następnego dnia obejrzeliśmy powtórkę wyścigu. CAŁĄ. Nie ma lekko. „Słuchaj, jak Hiszpanie cały czas dobrze mówią o polskim zespole. Siódmy kilometr, patrz teraz, bo on ucieknie. O, a teraz Pedro Delgado powie, że Kwiatkowskiego nikt już nie dogoni do samej mety”.

Te apartamenty co w nich mieszkaliśmy były fajne, bo dużo miejsca i nawet mini ogródeczek. I nie w Playa de las Americas – jak tam pojechaliśmy, to o mało nie dostałam zawału: hoteliszcza molochy na tysiąc pokoi i więcej, kasyna, centra handlowe i restauracje „Pizza- Pasta – Burger” na pięćset stolików… Piekło, piekło i tucz brojlera! Gdybyśmy tam mieli hotel, to cały tydzień bym przesiedziała w wannie, owinięta w zasłonkę prysznicową, kiwając się i jedząc galaretkę. Za nic bym nie wyszła z pokoju.

Los Cristianos jest niby po sąsiedzku, ale już normalniejsze, bo mieszkają tam ludzie, a nie sami turyści. No owszem, promenada wzdłuż plaży jest dość straszna, ale w drugiej i trzeciej linii toczy się normalne życie, zaczynając od placyku z kościołem można spacerować po uliczkach z knajpami dla miejscowych i trafić naprawdę nieźle. Tylko plaże są straszliwe – po prostu publiczne smażalnie, leżak przy leżaku, coś okropnego.

Upał pierwszego dnia trochę mnie rozdeptał. Ale spokojnie, już drugiego dnia kropił deszczyk, kiedy byliśmy w Garachico – jakie to piękne miasteczko!… Najpiękniejsze, jakie widziałam na Wyspach Kanaryjskich. No ale zaczęło kropić, a N. powiedział, że jak nie przestanę, to mnie udusi. On NAPRAWDĘ myśli, że ja umiem celowo sprowadzać deszcz – zresztą, wielki mi deszcz, parę kropli, nawet się specjalnie nie ochłodziło ani ludzie nie weszli do środka knajp, tylko siedzieli na zewnątrz. Kilka razy w ciągu tego tygodnia pokropiło jak kropidłem i bardzo dobrze, bo na Teneryfie nie ma bryzy od morza, jak na mniejszych wyspach i w tym wysokim, ostrym słońcu robi się po prostu spiekota. Na szczęście Teide zsyła chmury.

Teide oczywiście musieliśmy zwiedzić, no bo jak. Ja co prawda abnegatka, ale wiedziałam, że trzeba zabrać długie portki, bluzę i porządniejsze buty. W końcu wjeżdza się kolejką na wysokość 3,5 kilometra! Większość ludzi na parkingu przed kolejką się przebierała, ale jeśli ktoś sądzi, że nie było rusałek z gołymi nogami w złotych sandałkach i panów w szortach i klapkach, to znaczy, że ciągle ma zbyt duże zaufanie do wydajności ludzkiego rozumu. Na kasie wisi jak wół informacja – temperatura na górze 9 stopni – gdzie tam. Koronkowy topik i miniszorty przecież świetnie wyjdą na selfie. Kolejka jedzie bardzo pod górę, więc niezbyt wysoko nad ziemią, pakują do jednego wagonika 44 osoby i jest jak w puszce ze śledziami, wychodzi się ze stacji i TRZASK! Dostaje się w pysk wiatrem i tymi dziewięcioma stopniami. Ja się otulałam bluzą z kapturem, a i tak mnie gryzło w uszy i w nos, a rusałki kłapały zębami dość głośno (i zaraz uciekały z powrotem). Ze stacji można pójść bez pozwolenia jakieś pół kilometra w dwie strony, dalej już trzeba mieć pozwolenie. Poszliśmy kawałek, ale zaczęło mi dudnić serce w uszach i w gardle. Mieliśmy piękną pogodę i świetną widoczność, trampki wystarczyły, ale jak jest pochmurno albo pada, to trzeba mieć lepsze buty, bo jednak idzie się po skalnym gruzowisku.

Wulkany na Teneryfie są bardziej oswojone, niż te na Lanzarote – takie łagodniejsze, porośnięte kaktusami i śliczną sosną kanaryjską, która ma cienkie, długie igły i wygląda włochato i szkoda, że u nas by zdechła z zimna. Rozumiem ją jak mało kto.

Pojechaliśmy na Gomerę – będę jeszcze długo wspominać ten dzień, bo wyjazd był bardzo rano, nie zjadłam śniadania i N. kupił mi na promie pączka, który przez cały dzień odbijał mi się cytrynowym płynem do zmywania. W oparach pączka zwiedziliśmy lasy laurowe, jajo Kolumba, mnóstwo miradorów, plantacje bananów, a po obiedzie był pokaz gomeryjskiej mowy gwizdanej. Jeden kelner patrzył, jak kilka osób zamieniło się okularami, pierścionkami, ja dostałam pięć euro żeby gdzieś je schować (schowałam pod talerz z papas arrugadas), po czym wszedł drugi kelner i gwizdali do siebie instrukcje, co ten drugi ma komu zabrać, komu oddać i skąd wyciągnąć. I faktycznie wszystko znalazł (pamiętałam z „Mentalisty”, żeby nie patrzeć na ten talerz z ziemniakami, ale i tak znalazł).

Podobały mi się też piramidy w Guimar, zwłaszcza, że towarzyszy im wystawa poświęcona Thorowi Heyerdahlowi i na własne oczy kaprawe zobaczyłam model Kon Tiki. No żesz w mordę, facet przepłynął ocean na słomianej wycieraczce. Ra i Tygrys już nieco solidniej się prezentują, była nawet kopia Ra II naturalnej wielkości – no cóż, kajak ze słomy. Ja bym na to nie wsiadła na stawie w Radziejowicach, a co dopiero na oceanie. Tylko Norweg mógł się porwać na coś takiego – podsumował N.

Koło piramid jest jeszcze wystawa z Wyspy Wielkanocnej z jednym moai oraz sekretny ogród trujących roślin z całego świata. Ładny, ale przereklamowany – zaraz przy wejściu sterczą takie liście, co moja prababcia miała ich cały parapet w doniczkach. A jako najgroźniejsza bestia zamknięta w klatce tkwi rycynowiec, którego sadzonki można kupić u nas na bazarze co roku na wiosnę. No naprawdę, nie histeryzujmy! Myślałam, że będą jakieś wijące się pnącza z zębami albo kapiące zielonym śluzem… Ale przynajmniej w ogródku stała bardzo malownicza trumienka, oparta o mur.

Zeżarliśmy z pół tony ryb, przegryzając krewetkami i chopitos (malutkie kalmarki, wielkości połowy małego palca, usmażone na chrupiąco), a pożegnalna kolacja o mało mnie nie zabiła, ale to już zupełnie inna historia z wątrobą w tle, a właściwie dwiema: moją i gęsią.

Reasumując: było fajnie, ale jednak wolę Fuerteventurę. I Lanzarote. Zdecydowanie puebla mi bardziej odpowiadają, niż kurorty, a na wspomnienie hoteli – potworów z Playa de Las Americas jeszcze mi słabo. A na powitanie ojczyzny mam kaszel od klimatyzacji. Uch… Nie lubimy powrotów z urlopów. Nie lubimy.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy